„Ghost in the shell” w reż. Ruperta Sandersa czyli ściganie legendy

Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego filmu. Trailery zapowiadały wierną kopię pierwszego anime, co nie wydawało się zaletą. Scarlett Johansson na pierwszy rzut oka nie pasowała do postaci Major Motoko Kusanagi. Wydawało się, że hollywoodzkość zje oryginalną mangę. Podsumowując – byłam pełna obaw. Szczęśliwie, obawy się nie sprawdziły.

Bardzo trudno jest zmierzyć się z legendą i nie ponieść porażki. Dlatego jestem pełna uznania dla twórców fabularnego „Ghost in the shell”. Pierwsze ukłony należą się za znakomite odtworzenie klimatu oryginalnego anime. Przeludniony świat, w którym technologia zaciera się granice między maszyną, a człowiekiem jest tym bardziej sugestywny, że można w nim rozpoznać przyszłość naszej epoki. Obraz miasta, które jest tłem akcji to połączenie zaawansowanej technologii ogromnych wizualizacji reklam i rozpadających się wielopiętrowych bloków, podejrzanych zaułków, stref cienia. W oryginalnym „Ghost in the shell” wszystko to miało metafizyczny wymiar. Autorom fabuły udało się zachować tę atmosferę. Za każdym razem, gdy Motoko zapuszcza się coraz głębiej w miasto mam wrażenie, że wchodzi też coraz głębiej w siebie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie kim jest. Podobnie jak w anime, historia, której osią jest pościg za hakerem, jest jedynie pretekstem do opowieści o istocie człowieczeństwa. Twórcy filmy nie zdecydowali się na wykorzystanie oryginalnego scenariusza, stwierdzając może, że problemy w nim ujęte są zbyt trudne i skomplikowane jak na blockbustera. Inspiracją fabularną jest zatem serial Ghost in the Shell: Stand Alone Complex. Bardzo dobrą decyzją było wykorzystanie nie tylko ogólnej historii, ale także pięknych kadrów z anime i muzyki Kenjiego Kawaia, która w dużym stopniu tworzy poetycki klimat filmu.

Trzeba jasno powiedzieć, że to przedsięwzięcie nie miałoby szans, gdyby główna rola żeńska została źle obsadzona. Jak już mówiłam, trudno było mi sobie wyobrazić Scarlett Johansson jako Major Motoko Kusanagi. Jednak ten wybór okazał się trafiony. Scarlett Johansson poradziła sobie z rolą. Jest konkretna, silna, konsekwentna, nie popada też w sentymentalizm w momentach, kiedy ma pokazać wrażliwą część natury Motoko. Dylematy związane z tożsamością, źle zagrane, mogłyby okazać się miałkie, a tak nie jest. Nie jest to też wprawdzie głębia oryginalnego „Ghost in the shell”, ale fabularnie to też nie jest TEN „Ghost in the shell” więc nie do końca jest przestrzeń na coś więcej. Jednak ogólnie i tak jest dobrze. Dodatkowo, sekwencje, w których Motoko biega to mistrzostwo ruchu ludzkiego ciała. Tym bardziej jest to ciekawe, że ciało to odtwarza mechanizm cyborga mając za zadanie pokazać sprawność na najwyższym poziomie. Jest w tym coś przewrotnego. Z całą pewnością jeszcze raz zobaczę ten film, choćby po to żeby popatrzeć na wspomniane kadry. Autorzy filmu nie odważyli się na przejęcie oryginalnego kostiumu Major z „Ghost in the shell”, który dawał wrażenie nagiego, kobiecego ciała i zdecydowali się na migoczący kolorami pancerz, chyba po, by nie chodzić po granicy pornografii, jednak całość i tak robi bardzo dobre wrażenie. Podoba mi się też Pilou Asbæk w roli Batou, ale nie wiem do końca czy dlatego, że tak dobrze zagrał, czy chodzi o to, że po prostu zawsze bardzo lubiłam tę postać. Wspaniały (jak zwykle) jest Takeshi Kitano jako Aramaki – „Nie wysyłaj zająca żeby zabił lisa” – więcej nie powiem bo byłby spoiler.

Ten film powinien być rozważany jako kandydat do Oscara za efekty specjalne, scenografię, kostiumy etc. W ogóle całość wizualnie jest spektakularna. Osiągnęliśmy taki moment jeżeli chodzi o aparat techniczny, którym dysponuje kino, że możliwe jest tworzenie całych światów tak prawdziwie jakby patrzyło się na rzeczywistość. W ostatecznym rozrachunku nie o oprzyrządowanie jednak chodzi. „Blade runner” o podobnym do „Ghost in the shell” klimacie i podobnej wizji przyszłości powstał u początku lat 80 – tych i Ridleyowi Scottowi nie potrzebne były techniczne innowacje żeby stworzyć wizualne arcydzieło. Istotą jest wyczucie formy, ale też tworzonego przez siebie świata. Czyli wyobraźnia. W przypadku „Ghost in the shell” widać, że realizatorzy rozumieją i podziwiają świat mangi Masamunego Shirowa i filmu Mamoru Oshiiego. Dlatego mamy do czynienia z obrazem, który odchodzi do pierwowzoru z szacunkiem i troską. Wielbiciele „Ghost in the shell” martwili się czy oni tego przypadkiem, olaboga, nie spieprzą. Mam silne wrażenie, że ludziom realizującym film również przyświecała ta sama troska. Udało się, oklaski. Szczerze polecam iść na „Ghost in the shell” do dobrego kina, z wielkim ekranem i zanurzyć się w efekcie 3D tego bardzo dobrego filmu.


Zobacz więcej o: fantastyka, filmy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.