Łotr 1 – film idealny dla fanów Gwiezdnych wojen (bez spoilerów)

Gwiezdne wojny od dziecka kojarzą mi się z okresem Świąt Bożego Narodzenia ponieważ pierwszy film obejrzałam właśnie w tym czasie. W tym roku Disney postanowił również zrobić wielbicielom Galaktyki prezent pod choinkę. Dla każdego fana Gwiezdnych Wojen „Łotr 1” będzie prawdziwą ucztą.

W przypadku tego filmu ukłony należą się całej ekipie, która przy nim pracowała. To po prostu świetnie złożony film. Całość jest spójna i daje bardzo sugestywny efekt oglądania alternatywnej rzeczywistości, która realnie istnieje w jakimś innym wymiarze, w odległej Galaktyce. Jest to po prostu wiarygodne w każdej warstwie – wizualnej, psychologicznej, społecznej. „Łotr 1” jest zatem zacnym kontynuatorem tradycji, którą wyznaczyła pierwsza trylogia „Gwiezdnych wojen”. Z tą różnicą, że mniej jest w niej bajkowości, a więcej realizmu. Pod tym względem najbardziej przypomina „Imperium kontratakuje”. O ile pierwsza część nowej serii – „Przebudzenie mocy” jest utrzymana w klimacie przygodówki, jak IV część, „Łotr 1” jest bardziej mroczny, jak „Imperium kontratakuje” właśnie. Twórcy wykorzystali to, że „Łotr 1” nie należy do głównego tematu i wyszli poza kanon. Ze wszystkich bowiem części ta ma najwięcej realizmu i pod pretekstem fantastyki opowiada o rewolucji akcentując jej socjologiczny i polityczny kontekst.

Technicznie jest to film robiący ogromne wrażenie. Widać w nim staranność wykonania i rzetelność warsztatową, co bardzo lubię. Nie epatuje efektami specjalnymi mimo, że siłą rzeczy, w tej stylistyce, jest ich dużo. Są one jednak podporządkowane opowieści, a „Łotr 1” na pewno nie należy do filmów, w których fabuła jest tylko okazją dla pokazania spektakularnych serii wybuchów i ucieczek. Najważniejsza jest tutaj opowieść, dlatego film unika efekciarstwa.

Z punktu widzenia fana uniwersum „Łotr 1” to film smakowity ze względu na świetnie poprowadzone nawiązania do klasycznej trylogii „Gwiezdnych wojen”. Film został perfekcyjnie wpisany w główną opowieść koncentrującą się na losach Luke’a i Lei Skywalker. Jest to skomponowane w taki sposób, że chylę czoła. Wielbiciel „Gwiezdnych wojen” rozpozna postaci drugoplanowe klasycznej serii, kultowe kwestie, które kiedyś zostały już wypowiedziane, a teraz wybrzmiewają w podobnym kontekście; są też podobne ujęcia i oczywiście stylistyka. Podtrzymana została tradycja humorystycznego elementu wprowadzanego przez roboty. Mamy więc zabawę konwencją, ale film jest też opowiedziany bardziej serio niż inne filmy uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Wyraźnie wybrzmiewa przekaz dotyczący skutków tyranii, która niszczy ludzi, nawet nie z tego powodu, że stoją jej na drodze – wystarczającym powodem jest brak podporządkowania lub chęć pozostania z boku. Na tej płaszczyźnie, w moim odbiorze, jest to najcięższa ze wszystkich części. Porównywalna może być jedynie z częścią III. Centralnym problemem „Gwiezdnych wojen” zawsze były wybory jednostek w obliczu absolutnej, miażdżącej siły władzy. Ciężar tego problemu jednak zazwyczaj w pewien sposób rozmywał się w konwencji przygodowego filmu akcji. W tym przypadku tak nie jest. Ponadto, wydaje mi się, że nie ma drugiego filmu z serii „Gwiezdnych wojen”, który tak mocno pokazuje działanie totalitarnego systemu jeżeli chodzi o kwestie socjologiczne. Jednostki dotknięte działaniami Imperium tworzą grupy składające się na społeczeństwa. Nigdy wcześniej oglądając „Gwiezdne wojny” nie miałam tak dojmującego wrażenia, że patrzę na losy całych pokoleń niszczone przez władzę absolutną. Ten efekt autorzy osiągają ponieważ zdajemy sobie sprawę, że „Łotr 1 ” jest jedną z podobnych historii, które dzieją się w różnych punktach Galaktyki. Opisuje kluczową, ale też jedną z wielu bitew w historii walki z Imperium Ciemnej Mocy. Poświęcenie i odwagę szeregowców. Bez „Łotra 1” Luke Skywalker, mistrz Jedi, nie wygrałaby tej wojny. Postrzegam to, obok większego realizmu narracji, jako nowy walor tej serii. Nie mogę zatem zgodzić się z opiniami, które wskazują, że „Łotr 1” nic nie wnosi, jedynie powiela schemat. Według mnie film znakomicie równoważy bardziej realistyczne niż dotychczas ujęcie opowieści i czerpanie z dotychczasowej spuścizny „Gwiezdnych wojen”. Nie będę ukrywać, że należę do tych osób, którym bardzo podoba się to połączenie. Jeżeli chodzi o kino z całą pewnością jest pozycja obowiązkowa do obejrzenia na dużym ekranie. Nie zawodzi.


Zobacz więcej o: fantastyka, filmy, Gwiezdne wojny, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.