Valerian i Miasto Tysiąca Planet czyli film przeciętny, ale widowiskowy

Luc Besson zrobił dwa naprawdę znakomite filmy – „Leona zawodowca” i „Piąty element”. Po obejrzeniu „Valerian i Miasto tysiąca Planet” mogę powiedzieć, że wciąż czekamy na trzeci. „Valerian” nie jest filmem wybitnym, ale i tak polecałabym zobaczyć go w kinie, ponieważ jest to całkiem niezła, miła dla oka przygodówka.

Największą zaletą filmu jest niewątpliwie jego strona wizualna. Uczciwie trzeba przyznać, że trailery nie oszukiwały i pod tym względem jest to obraz pierwszorzędny. Fantastyczne kolory i miejsca, statki kosmiczne i rozległe przestrzenie – naprawdę jest na co patrzeć. Prawdziwa fabryka fantastycznego obrazu. Przepychem form i barw przypomina „Piąty element”. Besson zresztą wyraźnie nawiązuje do swojej produkcji, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli jak świetny film nakręcił dwadzieścia lat temu. Wykorzystuje sprawdzone wzorce, nie tylko w warstwie wizualnej, ale też fabularnej. Założeniem był chyba również podobny styl narracji, wyraźnie komiksowy, przypominający zarazem w swojej prostocie dziecięcą bajkę. I niby jest ok. Wszystko jest dobrze złożone, akcja dynamiczna, bohaterowie cacy tylko jednak czegoś temu filmowi brakuje. Jeżeli miałabym definiować to coś, to powiedziałabym, że magicznym elementem, którego zabrakło jest autentyczność. „Piaty element” jest filmem zrobionym z dużym rozmachem, ale ma się wrażenie, że efekt, który powstał jest naturalny. Tak po prostu autor namalował arcydzieło, bo mógł, tak wyszło, zobaczył całość od razu i nie musiał stawać na rzęsach żeby wszystko się udało. W przypadku „Valeriana” widać, że autor bardzo by chciał osiągnąć taki rezultat, ale niestety brakuje mu swobody wizji, która cechuje tego typu dzieła. W związku z tym „Valerian” próbując naśladować „Piąty element” z jego celowo naiwną prostotą, jest niestety jedynie płaski. Również para Cara Delevingne (Laureline) i Dane DeHaan (Valerian) w porównaniu do duetu Milla Jovovich i Bruce Willis ma się tak sobie. Muszę przyznać, że od początku miałam problem w przypadku tego filmu z obsadą głównych ról. Ani śliczna Cara Delevingne (Laureline), ani tym bardziej Dane DeHaan nie pasują mi do ról Valeriana i Laureline. Kosmiczni agenci z komiksu autorstwa Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a to ludzie o określonym doświadczeniu. Filmowi agenci zostali jakby nieco odmłodzeni. Trochę śmieszy mnie gdy Valerian, który wygląda jakby dopiero co ukończył licencjat mówi o latach przepracowanej służby. Komiksowy Valerian jest bardziej w moim typie. Dla porównania:

Natomiast fajnie zagrały role drugoplanowe – Ethan Hawke nawet gdy bierze na warsztat krótki epizod to i tak jest znakomity. Warto też wspomnieć o Rihannie, która daje niezły pokaz – zarówno ona sama jak i efekty specjalne są w tym wypadku ucztą dla oka. Clive Owen jest niemalże nie do poznania jako Komandor, dodatkowo ta rola wnosi do filmu chyba największą dawkę humoru.

Podsumowując „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” nie jest może filmem wybitnym, ale stanowi solidną porcję rozrywki, na której można dobrze się bawić. Podoba mi się bardziej niż inne filmy tego gatunku, które zebrały więcej zachwytów, na przykład „Strażnicy galaktyki”, charakteryzujący się nieco siermiężnym rodzajem humoru, który mi nie odpowiada. „Valeriana” z powodzeniem można potraktować też jako dobre kino familijne i wybrać się do kina całą rodzina z dzieciakami – powinny im się spodobać kosmici typu potwory i spółka. Całkiem przyzwoicie. Nie tylko Hollywood może robić blockbustery.


Zobacz więcej o: fantastyka, fantasy, filmy, Luc Besson, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.