Avengers: Infinity war czyli taka piękna katastrofa

Wiem, że „Avengers: Inifinity war” zarobił już milion milionów dolarów. Wiem, że noty ma wysokie. Wiem, że dużo się pisze, mówi i w ogóle widowisko, opera i szał ciał. W moim odczuciu jednak „Avengers. Infinity war” jest świadectwem tego, że kinowa formuła Avengers się wyczerpała.

Milion dolarów – milion śmierci

O tym, że bohaterowie będą ginąć mówiło się przed premierą. Wszyscy się zastanawiali kto padnie trupem. Teraz wszyscy się zastanawiają czy aby ci co trupem padli, padli już na zawsze czy może jeszcze zmartwychwstaną. Według mnie niestety hurtowe śmierci, których byliśmy świadkiem są dowodem na to, że nie było dobrego pomysłu fabularnego, który mógłby ożywić i ten film i całą serię. I nie chodzi o to, że moja ulubiona postać uniwersum Avengers umiera w pierwszych minutach filmu. Chodzi o to, że wszystkie te śmierci są dobrym chwytem marketingowym i niczym poza tym. Oczywiście mają widzem wstrząsnąć i podrasować dramatyzm, ale na dobrą sprawę wcale nie robią takiego wrażenia. Po wyjściu z kina jesteśmy przekonani, że wszystko działo się na niby. Scenarzyści zapewniają, że to jednak jest naprawdę jak babcię kocham i następna część nas zaskoczy. Z całą pewnością tak to zostało skonstruowane żebyśmy wybrali się do kina na drugą część. Koniec zostawia nas przecież w zawieszeniu. To jednak jest raczej tani chwyt. I zdecydowanie wolałam filmy z serii Avengers jako zamknięte całości.

Cały ten zgiełk

Twórcy filmu włożyli do scenariusza wszystko co się dało. Sceny walki toczą się na różnych planach. Mamy i starych, dobrych Avengers i Strażników Galaktyki i Wakandę i jeszcze do tego lata Dr. Strange. Generalnie jest na bogato. Przemieszane wszystko ze wszystkim daje jednak w ogólnym rezultacie efekt nadmiaru i ogólnego zgiełku. Wątki połączone są topornie i stale miałam wrażenie, że nie ma w tym składu i ładu. Ostatecznie wszystko jakoś tam się spina, ale nie ma ani kunsztu ani polotu. Do tej pory fabuła Avengers budowana była w taki sposób, że jako punkt centralny stawiany był jakiś problem współczesnej cywilizacji np. kwestia sztucznej inteligencji i wokół tego konstruowano akcję. Można powiedzieć, że w tym przypadku było podobnie – działania Thanosa mają ograniczyć problem przeludnienia planet. Jednak tym razem kwestia centralna ginie gdzieś w gąszczu zdarzeń i postaci. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo i przez to staje się męczące. Tak jakby na scenie znalazło się zbyt wiele postaci na raz i właściwie nie wiadomo gdzie patrzeć i czego słuchać. Podzielenie bohaterów na grupy miało, jak mniemam, miało temu zapobiec, ale nie do końca się to udało.

Taka piękna katastrofa

Oczywiście nie można zaprzeczyć, że „Avengers. Infinity war” to spektakularne widowisko. Efekty specjalne są na najwyższym poziomie, kostiumy jak zawsze dopracowane do ostatniego szczegółu, cała filmowa maszyna produkująca dźwięk i obraz działa pełna parą i bez zarzutu. Tyle tylko, że to już wszystko było. Nie ma nic co mogłoby naprawdę zachwycić. Nie pamiętam ani jednej sceny, o której powiedziałabym – to było spektakularne. Tam gdzie wszystko jest spektakularne nie ma już miejsca na to żeby cokolwiek się wyróżniło i stało się wyjątkowe. Jest tylko ogromna ilość wybuchów, miotanie postaciami po ekranie, katastrofy statków kosmicznych i zagłady planet. Jest tego tak dużo, że aż staje się nudne. Czułam się jak przeżarta. Jakbym zjadła zbyt wysoko kaloryczny posiłek w McDonalds i nie mogła ruszyć z przejedzenia. Właściwie tego mogłam się spodziewać wybierając się na „Avengers: Infinity war”, jednak jestem lekko rozczarowana. Spodziewałam się opery, a dostałam rąbaninę. Pięknie podaną, atrakcyjną wizualnie, ale jednak rąbaninę. To była doprawdy, piękna katastrofa.

I co dalej 

Mam ogromny sentyment do Avengers więc oczywiście pójdę na następną część. Jednak pójdę na nią z pewnym dystansem, takim jakby lekkim niepokojem, bo część pierwsza nie nastawia mnie przesadnie optymistycznie. Będą więcej niż zadowolona jeżeli okaże się, że jednak się mylę. Autorzy filmu zrobili zamieszanie i właściwie trudno powiedzieć co dalej. Na razie, jak dla mnie, mamy kryzys w uniwersum Avengers. Trzeba jednak pamiętać, że kryzys jest też zawsze szansą. Może z tej gleby, użyźnionej trupem superbohaterów, wyrośnie coś ciekawego. Miejmy nadzieję.


Zobacz więcej o: Avengers, fantastyka, fimy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.