Kiełbasa versus produkt kiełbasopodobny

Tak się składa, że miałam okazję jeszcze uczestniczyć w PRL-u, krainie deficytów podaży i szalonego popytu i pamiętam, że występował wtedy taki wynalazek o nazwie „wyrób czekoladopodobny”. Produktu tego nie można było nazwać czekoladą ponieważ zaszczytne miano czekolady może posiadać jedynie coś co zawiera tłuszcz kakaowy stanowiący jej podstawę. Wyrób czekoladopodobny posiadał w składzie tłuszcz innych roślin, początkowo tropikalnych potem był to zwykły olej rzepakowy. Powodem były oczywiście problemy z pozyskaniem ziaren kakaowca. PRL wymyślił zatem wyrób czekoladopodobny, który w smaku i konsystencji miał zastąpić prawdziwą czekoladę. Niestety z czekoladą nie miał to nic wspólnego. Z tego co pamiętam smakowało to jak margaryna z cukrem zabarwiona na brązowo. O niebo lepsze były produkty własne rodaków, wymyślane dla zasypania deficytu, czyli na przykład blok „czekoladowy” czy kulki kakaowe z płatkami owsianymi. Wyrób czekoladopodobny nie miał szans zastąpić czekolady.

Wyrób czekoladopodobny – tak to nazwali. Przynajmniej w PRL była szczerość. A teraz, gdzie nie spojrzysz tam produkty czekoladopodobne, ukryte pod różnymi nazwami, na przykład: „kiełbasa na grilla”. Kupiliśmy właśnie ostatnio takie cudo. Bóg nam chyba rozum odjął chwilowo. Uświadomiliśmy sobie co żeśmy uczynili dopiero w chwili rozpoczęcia konsumpcji rzeczonej  kiełbasy, wykonanej nie na grillu jednak, lecz przy palenisku. Spojrzeliśmy na nasze zacnie osmalone kiełbasy  i doznaliśmy obserwacji, że taka kiełbasa na grilla to właściwie może zawierać w sobie wszystko. Zapewne popakowano tam resztki z tego czy tamtego, przemielone i wzbogacone wzmacniaczami smaku. Po spojrzeniu na skład, niestety potwierdziliśmy nasze przypuszczenia. Mimo to, stęsknieni przez sezon zimowy przysmaków  z ogniska, dzielnie przystąpiliśmy do spożycia. W smaku było nie najgorzej i jedliśmy choć prześladowała nas myśl, że chyba nabyliśmy wyrób kiełbasopodobny. Pod koniec kolacji, zwyczajowo, postanowiliśmy podzielić się z kotami resztą kiełbasy. Koty podeszły, powąchały, polizały nawet, po czym odwróciły się na pięcie i porzuciły wyrób kiełbasopodobny bez żalu. Nasze koty wyczuwają kawałki mięsa w koszu na śmieci, nawet zawinięte w plastik. Potrafią się włamać do kosza na resztkowe w celu kradzieży takich rozkoszy. Od tego są kotami zresztą. Wychodzi na to, że nasz wyrób kiełbasopodobny obok mięsa to chyba nawet nie leżał. Szumne określenie kiełbasa to zdaje się ma jedynie w nazwie. Niestety producenci współcześnie, bez żadnego skrępowania, etykietują podobne produkty w taki sposób, że można je uznać za pełnowartościowe. W PRL jednak jeżeli czekolada nie była czekoladą trzeba było ją nazwać jakoś inaczej, teraz hulaj dusza piekła nie ma. I tak nabieramy się masowo na produkty tylko z nazwy odpowiadające swojej charakterystyce. Ciężki bywa los konsumenta w krainie dowolności i fantazji przedsiębiorcy. Musi być czujny żeby przypadkiem nie spożyć produktu, którego nawet koty nie tkną. Wyznacznikiem, zazwyczaj pewnym, niestety jest cena. Jeżeli kiełbasa za kilogram kosztuje 13 zł to nie może być prawdziwą kiełbasą. Prawdziwa musi kosztować. Lepiej jest jednak zjeść prawdziwe mięso raz w tygodniu niż wyrób kiełbasopodobny codziennie. Zdrowsze to dla nas i dla planety. Zresztą spożycie zbyt dużych ilości mięsa niekorzystnie wpływa na ludzki układ pokarmowy i może przyczyniać się do powstawania nowotworów (związek między nadmiernym spożyciem czerwonego mięsa i występowaniem nowotworu jelita grubego jest udowodniony), a także zmian miażdżycowych. Produkcja mięsa jest również piekielnie kosztowna dla środowiska naturalnego.  Odpowiada za 18% emisji gazów cieplarnianych. Pochłania też ogromne ilości wody i powoduje wylesienie z uwagi na przeznaczenie gruntu na pastwiska lub uprawę paszy.

Kupujmy zatem kiełbasy nie produkty kiełbasopodobne. Mniej w tym przypadku znaczy lepiej.

 


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.