„Kierunek noc” od Netflixa przyspawał mnie do fotela

Dawno już nie zdarzyło mi się za jednym zamachem obejrzeć wszystkich odcinków serialu. Wiem oczywiście, że dokładnie to było celem konstrukcji „Kierunek noc”, ale nie wszystkim ta sztuka się udaje. Ten serial trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego odcinka. W mojej opinii jest to jedna z lepszych do tej pory produkcji Netflixa. Szczerze mnie to cieszy, bo jest w tym spory wkład polskiej części ekipy – współproducentem jest pan Tomek Bagiński, ale jest też więcej polskich akcentów. Jednak nie tylko dlatego serial bardzo dobrze się ogląda. Lista jego mocnych stron jest długa.

Pomysł fabularny został zapożyczony z książki Jacka Dukaja „Starość Aksolotla”. Słońce nagle zmienia charakter swojej aktywności i zabija wszystkie organizmy żywe na planecie. Jedyną szansą jest ucieczka przed świtem. W książce Dukaja, która kreśli ten apokaliptyczny scenariusz, opowiada się legendę o samolocie, który ściga się ze słońcem okrążając kulę ziemską. Serial „Kierunek noc” pokazuje nam, co może dziać na jego pokładzie.

Reakcje na kryzys  

„Kierunek noc” idealnie wstrzelił się w globalną epidemię. Lepszego czasu premiery Netflix nie mógł sobie wymarzyć. Dla mnie zawsze najciekawszym wątkiem filmów katastroficznych była możliwość obserwacji reakcji postaci w obliczu kryzysu. W tym przypadku w bonusie dostajemy także okazję do porównania z różnymi reakcjami na pandemię, które można śledzić w sieci. Twórcy serialu, jak się okazuje, bardzo realistycznie odzwierciedlili pojawiające się u ludzi stany psychiczne. Podobne widzimy obecnie na forach internetowych. „Kierunek noc” przedstawia cały wachlarz postaw i ról:

  •  „Bóg zawsze przemawiał przez ogień”,
  • za wszelką cenę ratujmy nasze rodziny,
  • nie ma żadnego słońca. To jest jedna wielka ściema (ewentualnie spisek),
  • pan odpowiedzialny,
  • pani odpowiedzialna,
  • przypadkowy bohater,
  • lekarz (w tym przypadku pielęgniarka) – prawie zawsze must have w filmach katastroficznych,
  • zabawmy się skoro świat się kończy.

Dodatkowo, w małej społeczność samolotu pasażerskiego, wszystkie te postawy uwidaczniają się jak w soczewce. Postaci są nakreślone w sposób ciekawy, a ich historie bywają zaskakujące, ale też momentami, boleśnie wiarygodne. Wszystkie kreacje aktorskie są na takim poziomie, że iluzja obcowania z prawdziwymi ludźmi jest niemalże kompletna.

Serial wybitnie europejski

Tak się składa, że chyba wszyscy, siłą rzeczy, oglądamy w większości amerykańskie produkcje. Jednym z najciekawszych aspektów „Kierunek noc” jest, w mojej ocenie, bardzo silne zakorzenienie tego serialu geograficznie i mentalnie w Europie. Nie jest to oczywiście pierwsza produkcja Netflixa pochodząca z krajów europejskich, każda jednak w mniejszym czy większym stopniu miała w sobie gen amerykańskości. Oczywiście w tym wypadku też tak jest, bo serial sięga do dorobku amerykańskiego kina katastroficznego, wręcz wzorcowo, jednak nie widziałam jeszcze produkcji, która tak bardzo osadzona byłaby w aktualnej rzeczywistości Europy. Na pokładzie samolotu startującego z Brukseli, co też symptomatyczne, bo jest to swoista „stolica” Unii Europejskiej, znajdują się przedstawiciele wielu europejskich narodów. Ludzie patrzą na siebie przez pryzmat stereotypu danej nacji – pojawia się stereotyp Turka, muzułmanina – emigranta zarobkowego z Maroka, Polaka (Polacy nie zwyciężyli żadnej wojny!:)), czy Włocha – mamy tutaj cały europejski tygiel z jego animozjami, ale też siłą tej różnorodności. Nie raz startowałam z tego właśnie lotniska w Brukseli, w takim międzynarodowym towarzystwie więc jest to dla mnie wyjątkowo interesujące ujęcie tematu.

Demokracja w kryzysie i ryzyka autorytaryzmu

Kolejna ciekawa płaszczyzna ukazana w „Kierunek noc”. Przypisuję (może niesłusznie, w końcu nie siedzę w ich głowach), autorom serialu, intencjonalne uwypuklenie wad demokracji takich jak: możliwość przejęcia władzy przez jednostki, którym daleko do bycia wybitnymi; trwonienie czasu na dyskusjach mających na celu ustalenie planu w sytuacji, gdy wszystko się wali i trzeba działać natychmiast; podważanie opinii ludzi, którzy wiedzą co robić, bo przecież wszyscy jesteśmy równi i nawet jak nie wiemy, co robić, to zaakcentujemy, że mamy takie same prawa decydować. Z drugiej strony ukazuje też ryzyka przejęcia władzy absolutnej przez jednostkę – większe jest ryzyko popełnienia błędu, gdy nie zasięga się tzw. second opinion, a tym bardziej żadnego opinion; obciążeniem jest też wzrost wiary w swój niezachwiany geniusz, która przesłania świadomość możliwości popełnienia błędu (nie będę spoilerować, ale to ich drogo mogło kosztować); kryzys jednostki wyjątkowo silnie przekłada się na dobrostan grupy. Zdaje się, że proponowanym wyjściem z sytuacji jest silna rola przywódcy, który słucha i uwzględnia opinie towarzyszy w nieszczęściu, ale ma wysoką zdolność podejmowania decyzji z uwzględnieniem wszystkich zmiennych.

Dawno nie widziałam produkcji o charakterze thrillera, która oferowałaby tyle poziomów refleksji, ujętych w stosunkowo krótkim czasie i w dodatku o tak szerokim odniesieniu do współczesnej sytuacji.

A Borys Szyc to jest wisienka na torcie. Autentycznie.

Czekam na drugi sezon. Mam nadzieję, że będzie.


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.