Trylogia arturiańska Bernarda Cornwella – idealna na zimny maj

Brenad Cornwell stał mi się znany oczywiście z powodu „Upadku królestwa” (serial dostępny na Netflix). Nie od dziś wiadomo przecież, że nic tak nie sprzyja popularności pisarza jak zekranizowanie jego dzieł. W dodatku jeżeli ekranizacja jest dobra, a w przypadku „Upadku królestwa”, nawet bardzo dobra, to autora czekają złote czasy. Nie inaczej ma się sprawa z panem Cornwellem. Wybrałam na pierwszy ogień trylogię arturiańską, bo pasjami czytam interpretację tej historii i ciekawiło mnie jej kolejne ujęcie. W dodatku legenda świetnie odnajduje się w chłodne wieczory, snując się w miękkim świetle lamp. A, że panuje nam zimny maj, postanowiłam wrócić do tej opowieści, przybliżając jej walory.  

Na trylogię składają się: „Zimowy monarcha”, „Nieprzyjaciel boga” i „Excalibur”. Cornwell posiada dar słowa, co widać już od pierwszych akapitów „Zimowego monarchy”. Bardzo łatwo jest zanurzyć się w opowieść brata Derfla Cadarna o czasach panowania króla Artura. Derfel Cadarn należał do zaufanych rycerzy legendarnego władcy więc mamy tutaj do czynienia z relacją świadka wszystkich wydarzeń. Podobnie jak w przypadku cyklu o Uthredzie, na podstawie którego powstał „Upadek królestwa”, narrator należy z urodzenia do grupy etnicznej przeciwko, której toczą się arturiańskie wojny, czyli do Saksonów. Wychowany został jednak przez Brytów i samego Merlina więc od początku związany jest ze sprawą Artura. Jest to ciekawy zabieg fabularny więc trudno się dziwić, że Cornwell wykorzystuje go w swoich książkach. Sam narrator jest więc postacią ciekawą, a historia Artura wpleciona jest w relację z jego własnego, bardzo interesującego życia. Dzięki temu otrzymujemy opowieść o wielkiej legendzie ujętą w perspektywie ludzkiej. Jest to chyba najbardziej realistyczna wersja legendy arturiańskiej z jaką się spotkałam. Niebagatelne znaczenie dla osiągnięcia tego efektu ma gruntowna i rozległa wiedza autora o czasach historycznych, w których osadzona jest akcja. Ponadto wszystkie postaci tutaj to ludzie z krwi i kości, a Artur nie jest posągowym władcą, lecz człowiekiem o cechach charakteru godnych podziwu, lecz nie wolnym również od słabości. Opowieść o Arturze wprowadzała w kulturze średniowiecza wzorzec idealnego, sprawiedliwego władcy, nasze czasy charakteryzują się dążeniem do odbrązawiania. Wszyscy superbohaterowie, Avengersi i Supermani naszej nowej mitologii kultury pop, są ludzcy w swoich wadach. Najwyraźniej taka jest potrzeba czasu. Cornwellowski Artur również odpowiada na tę potrzebę. Nie znaczy to jednak, że przestaje być nośnikiem ideału władcy sprawiedliwego. Z tym, że jego obsesyjne wręcz dążenie do tego, by Brytanię uczynić krainą sprawiedliwości i dostatku, opartą na wierności raz danemu słowu, nie zawsze ma pozytywne skutki. Artur romantyk, kiedy odrzuca pragmatyzm, popełnia błędy. Jednak kochamy go, bo władza nie jest dla niego żądzą, a obowiązkiem. A to bardzo duża różnica.

Artur nie jest jedyną ciekawie przedstawioną postacią. Cornwell ma talent do tworzenia intrygujących charakterów, poczynając od samego Derfla, przez Merlina, Nimue, Ginewrę, Lancelota czy Galahada, których wszyscy znamy, po postaci całkowicie wymyślone jak moja ulubienica Ceinwyn, księżniczka Powys, Sagramor – numidyjski dowódca wojsk Artura, Sansum – chciwy kapłan, Agrykola – naczelny wódz Gwentu i inni nie mniej interesujący. Znane z legendy wątki przedstawione są w taki sposób jakby ich genezą było wyobrażenie sobie, że opowiada się czasy historyczne, czyli jak to mogło wyglądać naprawdę. Niewiele jest tu magii więc jeżeli ktoś w „Zimowym monarsze” będzie chciał znaleźć fantastykę – zawiedzie się. Czary to głównie obrzędy religii pogańskiej, czasami mniej, czasami bardziej tajemnicze. Obok starcia między Brytami, a Saksonami mamy do czynienia także z walką między starą religią pogańską, a młodym chrześcijaństwem. Święte gaje wypierają kościoły i krzyże, a Brytów wypierają Saksonowie. Linie podziału mieszają się i plączą, tak jak ludzkie losy. Bardzo ciekawe jest to, że mimo odległości czasowej, która dzieli nas od V- VI w. n. e., wszystkie te dramaty są nam bliskie, głęboko ludzkie, bez względu na miejsce i czas. Dodatkowo, nagłe i zaskakujące zwroty akcji powodują, że trzy tomy łyka się właściwie jednym tchem, co chyba jest najlepszą rekomendacją jaką można dać książce. Rozpoczynając przygodę z trylogią arturiańską Cornwella trzeba być przygotowanym na to, że świat ten pochłonie nas na długie godziny, a uwolni tylko gdy zobaczymy wyspę Avalon, na horyzoncie zdarzeń.

Z Wikipedii dowiedziałam się, że Bernard Cornwell zaczął pisać książki, bo po przybyciu do USA, za żoną, nie dostał pozwolenia na pracę, a pisanie było jedynym zajęciem, które go nie wymagało. Perfekcyjna ilustracja powiedzenia: „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. I tego się trzymajmy, w tych ciężkich, covidowych czasach.


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.