Relacje

Słodycze PRL-u

Pomyślałam sobie, że na Tłusty Czwartek zrobię blok czekoladowy. I przypomniałam sobie, w obliczu tłustoczwartkowej obfitości pączków dostępnych na tony w każdym sklepie, jak moi rodzice musieli kombinować żeby zorganizować słodycze dla żądnych cukru pacholąt. PRL jako gospodarka permanentnego niedoboru wymagał w tym zakresie niemałej kreatywności. Dzieci za to jednak rodziło się więcej i jakoś mleko w proszku było zawsze dostępne, a z mleka w proszku, jak się okazuje, można zrobić znacznie więcej niż tylko mleko. Można dodać do niego masło, kakao, herbatniki, w wersji luksusowej także bakalie, i mamy prostą do zrobienia, pyszną słodycz, uwielbianą przez dzieci.

Mleko w proszku, pamiętam, lubiłam też jeść łyżkami i smakowało mi bardziej niż wyroby czekoladopodobne, które, owszem, były dostępne, ale koszmarne w smaku. PRL był jednak uczciwy i jasno wskazywał na opakowaniu, że wyrób nie ma z czekoladą za wiele wspólnego.  Aktualnie mnóstwo wyrobów czekoladopodobnych, wypchanych po brzegi syropem glukozowo – fruktozowym, panoszy się na półkach, ale żeby je wykryć, trzeba przeczytać skład produktu wymalowany drobnym drukiem i napisany szyfrem pełnym różnych E. Mleko w proszku E nie posiada, za to wspaniale skleja składniki więc używało się go także do szyszek z ryżu dmuchanego czy masy do wafli, które też masowo produkowane były własnym sumptem.

W dawno minionych czasach PRL-u ciast też się nie kupowało. Każda mama miała swoja specjalność i własne, popisowe ciasto. Moja piekła wspaniały sernik. Sekretny przepis przekazywało się w aurze zachwytów. Zresztą, podać ciasto „kupne”, to był wstyd. Teraz nie mamy czasu. Przeciętny użytkownik telefonu spędza w sieci, na głupotach, ponad cztery godziny dziennie, ale nie ma czasu żeby zrobić ciasto, a na obiad je rakotwórczy syf z pudełka. Może warto się zastanowić czy coś przypadkiem nie kradnie nam życia. Młodzież podobno już się trochę zorientowała i w modzie jest powrót do świata analogowego.

Świat analogowy PRL, jak już się rzekło, wymagał trochę więcej wysiłku np. zawsze dostępny deser tj. kogel – mogel trzeba było samodzielnie utrzeć. Mama wbijała żółtka do kubka, wsypywała cukier i sześciolatek ucierał aż do osiągnięcia pożądanej, gładkiej konsystencji i dokładnego połączenia jaj i cukru. Kogel – mogel był pyszny i na pewno zdrowszy niż super ciasto z marketu pędzone na kiepskich składnikach.

Blok czekoladowy i kogel – mogel to były klasyki, ale ja lubiłam też jako słodycze traktować mrożone owoce. Potęga Hortexu powodowała, że mrożone owoce były zawsze do kupienia, a ja uwielbiałam mieszankę tzw. owoców miękkich: wiśni, śliwek, porzeczek, agrestu, od których cierpły zęby. Taki komunistyczny sorbet. Zimą w PLR-u lody nie były w ofercie, nie to co teraz, do wyboru do koloru, w większości o chemicznym składzie. Smacznego i wesołego raka.

Słodyczy mamy teraz w sklepach cała masę i niby nie trzeba ucierać kogla – mogla dziesięć minut, ale jeżeli się przyjrzeć, większość nie nadaje się do jedzenia. Im bardziej kolorowe, tym więcej sztucznych dodatków, które karmią nowotwory. Niestety, wszystko wskazuje na to, że wysoko przetworzona żywność spod znaku ulepszaczy jest jedną z przyczyn epidemii raka, z którą obecnie się mierzymy. Może jednak zatem lepiej się trochę wysilić i utrzeć ten kogel – mogel.