Relacje

Jak zostaliśmy kibicami Arabii Saudyjskiej

W mojej rodzinie, jak w większości w naszym kraju, piłka zawsze była sportem narodowym. Oglądanie występów polskiej reprezentacji jest więc obowiązkowe, nawet jeżeli przypomina rozrywkę masochisty. Tak jak wczorajszy mecz. Oglądałam to zerkając między placami, tak jak się ogląda horrory. Obawiam się, że niedzielny mecz to już będzie sala tortur. Już słyszę te jęki między czipsem, a piwem.  Francja dysponuje drużyną czołgów i jedyne na co możemy liczyć, to to, że najlepszy bramkarz świata nas ocali. Nadzieja matką głupców, ale z drugiej strony – głupi ma zawsze szczęście więc żyjmy nadzieją może będziemy wystarczająco głupi i los się do nas uśmiechnie.

Gdyby nie szczęście nie wyszlibyśmy z tej grupy. To nie jest specjalnie odkrywcza obserwacja, ale cóż. Generalnie dziwny jest ten mundial. W życiu nie myślałam, że stanę się zagorzałym kibicem drużyny Arabii Saudyjskiej. Powinniśmy ich zabrać przynajmniej na piwo za ten prezent strzelony w doliczonym czasie gry. A, czekaj, oni nie piją alkoholu. Rasowemu, europejskiemu kibicowi mecz bez piwka nie mieści się w głowie, a tu zonk. Na minutę przed rozpoczęciem zawodów zonk – nie będzie piwka na stadionie drodzy krzyżacy i co pan nam zrobi, nie mam pańskiego płaszcza. Za to karne sypią się jak z kapelusza. Chyba powiedzieli tym sędziom, że w przypadku choćby cienia podejrzenia mają dyktować jedenastkę i koniec. I w ramach walki z brutalizacją gry, mamy taki karny jak we wczorajszym meczu. Gdzie on tam zobaczył atak na piłkarza? To już był szok jak poszedł to sprawdzać, a jak podyktował to już darłam ryja na cały dom, że skandal, to jest skandal panowie, kupą na nich idziemy. Na szczęście, w tym meczu cudów, zdarzył się kolejny i sam Messi nie strzelił. Umiejętności naszego bramkarza są na kosmicznym poziomie, ale jemu chyba na te mistrzostwa chyba jakaś czakra się otworzyła, trzecie oko, pojęcia już nie mam, bo człowiek wychwytuje gole, które wydawałyby się nie do obrony. Zawdzięczamy mu awans.

Mamy więc historyczny wynik, ale trochę jest z nim tak jak z głosował, ale się nie cieszył. Ostatnie sześć minut spotkania chodziłam po domu, jarałam szluga, którego absolutnie nie powinnam palić i modliłam się żeby Arabia Saudyjska nie straciła kolejnej bramki. Widziałam w prasie jak pan kardiolog wypowiadał się, że oglądanie meczy szkodzi na serce, trudno się z nim nie zgodzić. Tylko czy naprawdę było aż tak źle?

Wszyscy dzisiaj gromadnie jadą po drużynie, patrząc na nią przez pryzmat wczorajszego meczu. Sama od tego zaczęłam, a teraz zamierzam podważyć swoje własne tezy. Bo, wyobraźmy sobie, że wczorajszy mecz skończyłby się innym wynikiem na przykład remisem. Zaręczam, że dzisiaj nosilibyśmy reprezentację na rękach i chwalili jaką mądra taktykę miał trener żeby grać na remis. Po pierwszej połowie, mimo jakości widowiska, humor miałam dobry. Ciężki mecz, bezsensowny karny nie wiadomo  za co, ale chłopaki się narobili, bo tego im odmówić nie można i dowieźli wynik. Wybaczylibyśmy, że nie grają do przodu, że im piłka ucieka itp., bo w końcu grali z piłkarska potęgą, która wczoraj zagrała bardzo dobry mecz, znacznie lepszy niż z Meksykiem. Widziałam oba sobotnie spotkania i nasz i Argentyny i nasze chłopaki lepiej budowały swoją grę. Oczywiście trzeba pamiętać, że gracz może tyle na ile mu pozwoli przeciwnik, jednak udało się naszym wyprowadzać bardzo ładne akcje, też skuteczne. Dawało to uzasadnione nadzieje na ten wymarzony, przynajmniej remis. Gdyby nie bramka wbita w pierwszych minutach drugiej połowy, jestem pewna, że nie byłoby tak źle. Problem polega na tym, że to by się nie wydarzyło, gdybyśmy nie byli rozproszeni. Ogromnie dużo nas te rozproszenia kosztują. Niestety w spotkaniach tej wagi grać trzeba od pierwszej minuty bo mądry przeciwnik wie że jest to świetny moment na strzał. Potem Argentyna już miała gol kontaktowy, a my byliśmy rozwaleni. I tak dobrze się skończyło, że stanęło na 2:0. Jednak żal bo remis był do utrzymania. W bólach, ale był. A gdyby został utrzymany pielibyśmy z zachwytu jak to zatrzymaliśmy Argentynę, a przebitki na Arabię w ogóle nie byłyby nam potrzebne.

Stało się jednak jak się stało. The winner takes it all, a my nie jesteśmy the winner. Nie jesteśmy Albicelestes, ale możemy być dumni, że piłkarze drużyny narodowej wypluli płuca na boisku, starali się i dostarczyli nam okazji do fantastycznych przeżyć, bo tak dobrego meczu jak mecz z Arabią Saudyjską, która wcale nie była słabą drużyną, dawno nie widziałam. Jest na czym budować ten zespół. Mamy jednego z najlepszych napastników na planecie, a nasz bramkarz typowany jest do tytuły najlepszego zawodnika tych mistrzostw. I wyszliśmy z grupy. Pierwszy raz od 36 lat. Nie miałam do te pory szans tego zobaczyć. Zawsze Polska gra, przegrywa pierwszy mecz, a potem gra o honor. Zawsze to samo. Tym razem było inaczej i powinniśmy to docenić. Na przekór, otwórzmy szampana i cieszmy się. Przynajmniej do niedzieli.