Śnieg skrzypi pod butami. Rękawiczka przykleja się do metalowej klamki. Szadź lśni na gałęziach brzóz. Trzeci tydzień zimy jak za dawnych lat. Dzieci widziały takie cuda tylko na obrazkach. Będę gotować gulasz.
Nie ma nic lepszego niż gulasz w takie zimne dni. Dodam jałowiec i śliwkę wędzoną, będę gotować powoli aż dom wypełni leśny aromat. Za oknem lodowaty mróz, a w kociołku gęsty, pyszny sos. Tak się żyje. W takie dni łatwo być szczęśliwym.
W piwnicy zapas paliwa do pieca po sufit. Pełna spiżarnia i lodówka. W domu ciepło jak w uchu. Nic z tego wcale nie jest oczywiste. I nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego, co wieczór, jak babcia uczyła: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”.
Pamiętam jak u babci zimą wszyscy zbierali się blisko kuchni kaflowej, tam gdzie było najcieplej. Lubiłam patrzeć jak do popielnika spadają rozżarzone iskry. Malownicze, ale mało wygodne. Rankiem mieszkanie było wychłodzone i dziadek wstawał o piątej żeby uruchomić piece. Nie było automatycznych podajników, był węgiel, drewno i konieczność stałego podtrzymywania ognia. Człowiek musiał się napracować żeby było ciepło w domu, a zimy były takie jak ta aktualnie, zazwyczaj, a nie wyjątkowo. Co ciekawe, niby było trudniej, a ludzie byli jakby bardziej szczęśliwi.
Tata mówi, że bywały takie zimy, że nawet koniem nie dało się dotrzeć do najbliższej wsi. I jakoś ludzie żyli. Gotowali bigos, gadali z sąsiadami, otwierali słoiki z kompotem, a czasem nawet pili samogon na rozgrzewkę. Teraz patrzę w internety, a tam pincet komentarzy, że nie wszędzie odśnieżone. Odśnieżenie chodnika długości osiemdziesięciu metrów zajmuje około pół godziny, krócej niż czytanie tych wszystkich komentarzy, wiem bo odśnieżam. Skąd się bierze taka ilość malkontenctwa?
A gulasz najlepiej smakuje właśnie po odśnieżaniu. Przychodzisz z dworu, policzki zaczerwienione od mrozu, w ręce lekko szczypie, słońce świeci, a tu gulasz, wystarczy podgrzać, sama rozkosz. W takie dni łatwo jest być szczęśliwym.