Relacje

Dziękować Bogu, wciąż listopad

Listopad nie jest jeszcze taki zły. Miewa przebłyski słońca i pogodne wyże. Parę razy, po trasie, widzieliśmy spektakularnie złotą jesień. Lasy bukowe, pola rzepaku, błękitną przestrzeń nieba.

Najgorsza jest pierwsza kwadra roku. Trzej jeźdźcy apokalipsy: styczeń, luty, marzec. Ciemne miesiące. Lutowe zimy potrafią mrozić oddech. W styczniu biorę się za siebie. W marcu jestem już wyczerpana przedłużającym się brakiem słońca. Pragnę emigrować do wiecznego lata.

Dlatego listopad wcale nie jest taki zły. Wczoraj na przykład było w sumie ciepło. Mżawka i wszędzie wilgoć, aż czujesz się jak w Krainie Deszczowców, ale przynajmniej ciepło. I nie ma wiatru. Tyle dobrego. Mam fajną, nową kurtkę to sobie pójdę na spacer, hen daleko, aż do kolei na końcu ulicy doję. Listopad należy jednak brać małymi dawkami, popijając obficie kakao, żeby się nie przeziębić.

Liście mokre, nie da się palić. Krople spadają ze źle założonej rynny. Nie widać starlinków, ani gwiazd, chmury. Zgniły wyż czy coś w tych okolicach. „Dark Blues for Man Who Never Speak.”. I tak czuję się nieźle, na przekór, w listopadzie. Na szczęście, w pewnym wieku czas mocno przyspiesza i wszystko wygląda jak z okna pociągu, szybko przemyka. Jak się nie podoba, to zaraz będzie wiosna.