Transformers – moje ulubione wielkie i ciężkie z żelaza, stali

Filmy z serii Transformers należą do mojego zestawu filmów akcji wielokrotnego użytku. Od czasu lubię sobie pooglądać walkę robotów, taką piękną, że aż iskry lecą. Dlaczego lubię Transformers? Po pierwsze

Pomysł

Połączenie kosmitów z robotami to jak dobra, podwójna whisky z lodem. Dwa kluczowe wątki SF w jednym pokręconym połączeniu (a co, by na to powiedział Freud?). Roboty przybywające z kosmosu, oczywiście w szczytnym celu, by chronić ludzkość przed swoimi pobratymcami z mniejszym morale. Połączenie kosmity z maszyną w dodatku zmieniające się w swojski, ziemski samochód. Jaki to ujmujący w swej prostocie zamysł. A w odległej galaktyce też przez przypadek produkuje się camaro czy inne audi. I weź się tu nie ciesz.

Wygląd

Wyglądają jak gigantyczne zabawki dla dzieci wyjęte z pokoju sześcioletniego chłopca (chem taką, chcem!). Są wielkie, kolorowe, mają ogromne giwery i wyrzutnie rakiet. Do tego lśniące powierzchnie z superkosmicznych metali jak chitynowe pancerze skarabeuszy. I napęd na cztery koła z alufelgami. Naprawdę lubię ten projekt.

Przemiany

To jest główny powód, dla którego jestem w stanie oglądać Transformers w nieskończoność. Momenty, w których samochody zmieniają się w roboty i odwrotnie to poezja efektów specjalnych. Przy zmianie też słychać charakterystyczny dźwięk, jakby szczęk przestawienia trybów, który bardzo lubię. Dzieje się to w pełnym ruchu przy dużej szybkości i jest dla mnie jak jakaś futurystyczna magia.

Poczucie humoru

Jest scena w pierwszej części „Transformers”, w której roboty próbują niezdarnie chować się wokół domu Sama, przed jego rodzicami. Bawi mnie ten obrazek z powodu kontrastu – ogromne roboty z kosmosu próbują kryć się za węgłem i pod oknami, bo mama ich zauważy i będzie szok. Uciszają się przy tym nawzajem i rozdeptują ogródek. Same roboty też mają niezły dystans do siebie, każdy z nich ma charakter i indywidualność, a jeden łazi z cygarem w zębach.

Cudowna, amerykańska naiwność z cyklu ratujemy świat

Sceny, w których Optimus Prime wygłasza przemowy o sile dobra, tym swoim metalicznym, niskim głosem, budzą we mnie z jednej strony rodzaj wzruszenia, a z drugiej uporczywie chce mi się przy nich śmiać. Robot z kosmosu, który brzmi jak rasowy american dream jest cudny. Dodatkowo, mam wrażenie, że twórcy Transformers posiadają niezłe wyczucie autoironii, umieszczając go podczas tych mów na tle zachodzącego słońca na przykład. Staje się wtedy w dodatku wspaniałym przykładem wyrafinowanego kiczu. W tle powiewa amerykańska flaga, płynie muzyczka, pancerz lśni w ostatnich promieniach słońca. Uwielbiam to.

Prostota

Cały dotychczasowy cykl kinowy o Transformers nie sili się na udawanie, że jest czymś czym nie jest. To nie jest wielka fabuła i oskarowe aktorstwo. Nie jest, bo nie ma być. To strzelanka, pościgi, efekty specjalne i roboty. Przede wszystkim roboty. Lubię uczciwość w tworzeniu filmu. Męczą mnie obrazy, które na siłę próbują coś przekazywać, w sytuacji gdy widać, że z założenia są maszynkami do zarabiania pieniędzy. „Transformers” to prosta, amerykańska rozrywka, która ma bawić i zarabiać. I ten program realizuje dobrze.


Zobacz więcej o: roboty


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.