Relacje

Nauki z „Powrót do miłości. Refleksje nad zasadami kursu cudów” Marianne Williamson

Kiedy pierwszy raz zaczęłam czytać „Powrót do miłości” Marianne Wililiamson, książka wydała mi się chrześcijańskim blablaniem w typie: Wszystko będzie. Nic nie musisz. Bóg cię uzdrowi.  Co ciekawe, Mariannne Williamson twierdzi, że czuła to samo kiedy po raz pierwszy zetknęła się z „Kursem cudów” – „Powrót do miłości”, jak wskazuje podtytuł, bazuje na tej książce. Jednak wróciłam do Williamson, bo chciałam poczytać po angielsku w ramach nauki do egzaminu. I odkryłam, że oceniłam tę książkę po okładce. Tak, co drugi akapit jest wzmianka o Bogu, który jest miłością, co brzmi jak wyprany frazes. Tylko, że w istocie przecież Bóg jest miłością. Tak nas uczyli na katechezie w kiepsko ogrzewanych salkach obok kościoła. Istota rzeczywistości, od której pochodzi całe życie, jest miłością. Kiedy to sobie uświadomiłam, mogłam tę książkę już czytać inaczej niż przez pryzmat moich stereotypów. I odkryłam, że jest de facto duchowym traktatem o uzdrawiającym potencjale. Obcowanie z takimi książkami pomaga. Przywraca proporcje. Układa głowę w lepszym kierunku.

Zaletą tej książki jest jej bezpośredniość. Niedawno czytałam Kena Wilbera, bardzo go cenię, jednak u niego dominuje intelekt więc wszystko ma chłodniejszy wymiar. Marion Williamson pisze sercem, zapewne stąd popularność jej nauk, bo to ułatwia odbiór. Poza tym czuje się, że chce pomóc. Sama długo była zagubiona i przeżyła potężny kryzys psychiczny, zanim odnalazła swoją drogę. Wydaje się,  że chęć dzielenia się wnioskami z tych doświadczeń, ma na celu pokazać możliwości uwolnienia się od cierpienia, które sama też zna. Wie jak trudno przyznać się przed samym sobą, że  rządziło nami ego, zwłaszcza kiedy mocno wierzyliśmy, że wcale tak nie jest. Ego potrafi tworzyć piękną iluzję oświecenia. Czytając widziałam jak moje ego zżyma się momentami na czytane treści, zwłaszcza dotyczące negatywnych aspektów nadmiernej kontroli w życiu, które tej kontroli poddać się nie da. Ego uważa się przecież za bardzo ważne, więc żaden nauczyciel duchowy nie będzie wiedzieć lepiej niż ego. O ego też jest dużo w tej książce. „Powrót do miłości” dotyka wielu kwestii: wartości kryzysu, akceptacji drugiego człowieka takim jakim jest, kwestii ego, nadziei, a przede wszystkim procesu zastępowania strachu miłością.

Zastąpić strach miłością. Brzmi to naiwnie. Lepiej spodziewać się najgorszego i przyjemnie się rozczarować niż głupio zawierzyć wierze, że będzie dobrze. Marianne Williamson przekonuje, że lepiej jest mieć nadzieję. Nawet mnie przekonuje. Polecam szczerze, może Was też do czegoś dobrego przekona.