Recenzje

„Diuna” Villeneuve’a – absolutnie doskonała

Diuna, Arrakis, wyjątkowa planeta w kręgu cywilizacji Imperium. Jedyna, na której występuje melanż – przyprawa geriatryczna przedłużająca życie, sprowadzająca wizje, a przede wszystkim – umożliwiająca nawigację w podróżach międzygwiezdnych. Jeden z najważniejszych elementów w grze pomiędzy Imperatorem, wysokimi rodami Landsraadu, Gildią Nawigatorów i Zakonem Bene Gesserit. Po osiemdziesięciu latach panowania Harkonnenów, Diuna zostaje oddana w lenno Księciu Leto Atrydzie – władcy Kaladanu. W tym punkcie rozpoczyna się też historia syna Księcia Leto, młodego Paula Atrydy, o którego właśnie upomina się jego przeznaczenie.

Denis Villeneuve wiernie podąża za książkowym pierwowzorem, co wbrew pozorom, nie jest wcale takie proste. Umiejętnie prowadzi widza, tłumacząc skomplikowany system społeczno – polityczny imperium, jednocześnie nie tracąc osobistego wymiaru opowieści. Rezygnuje z rozbudowanych, często naszpikowanych filozoficznymi dywagacjami dialogów Franka Herberta na rzecz operowania obrazem, napięciem i muzyką żeby stworzyć to co, co w „Diunie” najbardziej wartościowe i najtrudniejsze do odtworzenia – atmosferę. Od przestrzeni Kaladanu, z jego morskim wybrzeżem i wszechobecną wilgocią deszczu, po pustynne obszary Arrakis – wyczuwalny jest charakterystyczny smak i wibracje tej książki, jednej z najciekawszych w całej literaturze SF. Znakomicie ujęty jest kontrast między Kaladanem – rodzinną planetą Paula Atrydy, gdzie ród rządził od wieków, za pomocą potęgi morskiej i powietrznej, a gorącą, suchą Arrakis z temperaturami sięgającymi 60 ºC, na której woda jest dobrem krytycznym. Villeneuve uwidacznia te kontrasty przez obraz, a zdjęcia są tutaj jak ruchome dzieła sztuki – wysmakowane kadry, perfekcyjnie złożone w całość, zamykają nas w sobie tworząc iluzję kompletną. Są jednocześnie doskonale spójne z muzyką, która nie tylko podkreśla obraz, ale jest też swoistym bohaterem, który kreuje to co najistotniejsze – klimat widowiska. Spotkałam się z opinią, że akcja jest za wolna, że można to było lepiej skompresować – zupełnie się z tym nie zgadzam. Tempo jest idealnie takie, jakie powinno być. Dzięki wolniejszym, lirycznym wręcz fragmentom historia staje się widzowi bliższa, bardziej osobista, bo jest czas na przyjrzenie się postaciom i wejście w bardziej emocjonalną przestrzeń zdarzeń. To nie jest przecież film, w którym wybuchy i efekty specjalne mają największe znaczenie. Od pierwszych sekwencji widać, że to przede wszystkim projekt artystyczny, który ma być współczesną epopeją i filmowym dziełem sztuki.

Po seansie, z całą pewnością mogę stwierdzić, że zapisze się w historii kina.

„Diuna” Franka Herberta jest zresztą fantastycznym materiałem wyjściowym, z którego można czerpać. To, co nie udało się Lynchowi – czyli oddanie specyfiki tej powieści i jej brzmienia zapisanego miedzy wierszami, Villeneuve urealnia. W powietrzu unosi się zapach melanżu, bezlitosne słońce rzuca złote błyski na skórę, księżyc muska srebrem ciszę pustyni. Mahdi przemierza nieznany sobie świat, a prowadzi go wizja.

Co równie ważne – technicznie jest to film na najwyższym poziomie. Wiernie przedstawiona maszyneria technologii robi ogromne wrażenie: ornitoptery przypominające ważki, wielkie statki przesuwające się po bezkresnej otchłani kosmosu, ciężkie zgarniarki i potężne fabryki przerabiające przyprawę. Efekt 3D jest tu chyba najlepszy z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. To jest już taki poziom, że ma się wrażenie przebywania w tych samych wnętrzach, co bohaterowie, jak obserwator, który jest tuż obok. Ponadto obsada jest doborowa: Timothée Chalamet udźwignął rolę Paula Atrydy z lekkością właściwą aktorom wybitnym – w ogóle nie widać żeby ten chłopak cokolwiek GRA Ł, on JEST. Partneruje mu świetna Rebecca Ferguson jako Lady Jessica. Jessica odbiega od moich wyobrażeń tej postaci, ale interpretacja Ferguson jest bardzo wiarygodna i przekonująca więc nie jest to istotne. Jednak prawdziwym zaskoczeniem jest Oskar Isaak w roli Księcia Leto Atrydy. To co ten pan wykonał, to jest rola mistrzowska. Książę Leto jest oczywiście ważną postacią w książce, ale od początku trochę blednie w cieniu syna, o czym zresztą autor informuje bezpośrednio, słowami księżniczki Irulany, która głosi, że Książęę był postacią niedocenianą przez historię. Isaakowi udaje się pokazać wszystkie talenty ojca Paula, od myślenia strategicznego po relacje z jego ludźmi oparte na partnerstwie, które było źródłem legendarnej lojalności względem rodu Atrydów, ale także osobistą tragedię, która stała się jego udziałem. Paul Atryda był zaiste synem swojego ojca. Chris Isaak bardzo dobrze rozumie tę postać. Ponadto, zgodnie z przewidywaniami, nie da się nie kochać Duncana Idaho w wersji Jasona Mamoa, a Josh Brolin jako Gourney Helleck, na pewno jeszcze się rozwinie. Grzechem byłoby nie wspomnieć o Stellanie Skarsgårdzie w roli Barona Vladimira Harkonnena i Charoltte Rampling w roli Matki Wielebnej Gaius Heleny Mohiam. Ciekawe, że trudno jest nie patrzeć na rolę Skarsgårda przez pryzmat Harkonnena Kennetha McMillana u Lyncha, bo ta rola bardzo zapadała w pamięć. Lynch postawił na przedstawienie Barona jako postaci wyłącznie obrzydliwej i odstręczającej. U Villeneuve’a, co jest niewątpliwą wartością, Vladimir Harkonnen jest jednostką wielowymiarową, operującą wybitną inteligencja i przebiegłością, jest więc bliższy książkowemu pierwowzorowi. I chwała za to. Zresztą, ogólnie, w filmie widoczny jest szacunek do materii powieści, co wychodzi mu tylko na dobre.

„Diuna” jest dla mnie jedną z najważniejszych książek, miała na mnie znaczący wpływ i zapewne nadal ma. Czekałam więc bardzo na premierę wersji Villeneuve’a, ale w tym czekaniu towarzyszył mi też lekki niepokój. Nikt w końcu nie chce, żeby mu psuć, co jego ulubione. Villeneuve udowodnił w „Arrival”, że czuje i rozumie SF, trailery były obiecujące, jednak efekt przeszedł wszystkie oczekiwania. Nie ma elementu, do którego można byłoby się przyczepić. Film zagarnia widza w swoja przestrzeń i przenosi w wymiary innego czasu i innej rzeczywistości kompletnie. Właśnie podążamy pustynią do siczy Tabr. Ciąg dalszy nastąpi.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.

Litania Bene Gessarit przeciw strachowi