Po co człowiekowi korzenie

Widziałam nie tak dawno w telewizji materiał o tym, że młode pokolenie nie pamięta już Jana Pawła II i nie wie kim był. Zostali nazwani pokoleniem bez pamięci. Dziesięć lat to już za długo w naszej epoce, by wydarzenia się nie zacierały. Pośród kanonady bodźców, internetowych i telewizyjnych przekazów, których celem jest przyciągnięcie uwagi, pamięć się gubi. Współczesna rzeczywistość młodych ludzi to przede wszystkim media, których mottem jest news i aktualność. Paradoksalnie nie sprzyja to też koncentracji na teraźniejszości, bo fragmentaryczny, medialny szum rozprasza. Tym bardziej nie sprzyja to ciągłości. A pamięć jest ciągłością, wiedzą o tym co z czego wynika, znajomością zasad przyczynowo – skutkowych, wpisaniem nas w szerszy kontekst niż tylko codzienne podwórko.

Potrzeba posiadania punktu odniesienia

Pisałam niedawno o tym, że koncepcja osi świata jest związana z tworzeniem punktu orientacyjnego, miejsca do którego człowiek odnosi całość swojego życia. Dla kultur tradycyjnych było to miejsce symbolizujące połączenie ze sferą świętości i odniesienie do niej swojej egzystencji. Dawało to poczucie umiejscowienia w porządku kosmicznym.

Uważam, że potrzeba posiadania punktu odniesienia, czy porządku zdarzeń jest naturalna dla człowieka. Nieprzypadkowo mity opisujące powstanie świata odzwierciedlają proces porządkowania chaosu. Wyjaśniają w ten sposób pochodzenie człowieka i wpisują go w całość natury. Obecnie człowiek współczesny ma problemy z odnalezieniem się w szerszym kontekście, często nawet pochodzenie własnej rodziny jest mu nieznane. Tymczasem określenie swoich korzeni ma walor osadzenia w świecie. Powoduje, że przestajesz być oderwanym fragmentem, wolnym elektronem błądzącym po omacku w próżni. Człowiek nie jest już takim samym każdym, jednym z wielu, bo ma historię, która go poprzedza. Jest to zarazem historia pewnej wspólnoty, z której się wywodzi, ale też część jego własnej tożsamości.

Korzenie osadzają nas w ziemi

Znajomość własnych źródeł powoduje, że związujemy się z pewnym terytorium. Może być to terytorium naprawdę istniejące na mapie lub obszar czysto mentalny, jednak, co ważne, posiadający pewną charakterystykę. Takim miejscem jest też obszar kulturowy. Nasz obszar kulturowy to Europa, może po części jakieś rozdroża pomiędzy Europą a Azją. Stąd właśnie jesteśmy. Nie oznacza to automatycznego negowania innych kultur i tego, że można również z nich czerpać, tradycja chociażby Dalekiego Wschodu to piękna, potężna opowieść. Widziałam niedawno najnowszy film Ridley’a Scott’a „Exodus. Królowie i bogowie”, jest w nim scena, w której Mojżesz spiera się za swoją żoną o to, że ta naucza ich syna tradycyjnego systemu religijnego. Ona odpowiada mu na to, że teraz chce przekazać dziecku dawne wierzenia, a potem syn będzie mógł wybrać i stać się sceptykiem jak ojciec. W tym dyskursie niewątpliwie podzielam jej poglądy. Uważam za istotne, byśmy na początku poznawali ścieżki rozwoju duchowego, którymi podążali nasi przodkowie, potem możemy znaleźć inne. Poznawanie takich tradycji otwiera nas w ogóle na podążanie podobnymi drogami i rozpoznawanie ich znaczenia. Dodatkowo zyskujemy to, że potrafimy się poruszać po właśnie tych, miejscowych, konkretnych ścieżkach. To, że ktoś kocha swój dom, nie znaczy, że nie może podróżować.

Spojrzenie w przeszłość

Świat biegnie do przodu, zmienia się każdego dnia, coraz szybciej i szybciej, my gonimy za nim, by nadążyć, po co nam oglądanie się do tyłu? Przecież żeby spojrzeć wstecz trzeba zatrzymać się i odwrócić głowę, a to strata czasu. Strata czasu jest tutaj tylko pozorna.

Żeby uczyć się z doświadczeń i nie popełniać tych samych błędów trzeba spojrzeć w przeszłość i zatrzymać się, by dokładnie ją obejrzeć. Na to trzeba znaleźć czas, inaczej nasz bieg do przodu będzie biegiem po omacku.

Miałam kiedyś dyrektora, który twierdził, że wbrew powszechnej opinii ludzie nie uczą się na swoich błędach. Był dużo starszy ode mnie, więc miał więcej czasu na obserwację. Ja nie wiem czy tak jest. Na razie powiedziałabym, że jest odwrotnie, ale może mam szczęście do ludzi, którzy mnie otaczają. Jednak jeżeli tak jest i ludzie nie uczą się na swoich błędach, to dlatego, że nie poddają swojego życia rzetelnej refleksji, która obejmuje analizę, zdiagnozowanie swojej pomyłki i przyznanie się do niej, a potem postanowienie poprawy i wdrożenie właściwego kierunku. Mój prywatny mężczyzna uważa, że jeszcze większe znaczenie niż refleksja i diagnoza błędu ma skuteczne wdrażanie właściwego kierunku działania. Pewnie wszystkie elementy tego procesu są ważne. Jednak spojrzenie wstecz jest pierwszym krokiem.

Ten proces jest warunkiem rozwoju zarówno w skali mikro jak i makro. W skali mikro obejmującej indywidualne życie jednostki pozwala na skuteczne polepszanie jakości życia, bo nasze błędy najbardziej obciążają nas samych. Powtarzane po wielokroć męczą niepomiernie. Na przykład przypadek mężczyzny, który rozwodzi się czwarty raz i uporczywie twierdzi, że coś nie tak jest z tymi wszystkimi kobietami. To jest sytuacja, w której warto się jednak zastanowić, czy przypadkiem nie generuje się ciągle tych samych błędów, dlatego nie wychodzi. W skali makro, na poziomie społeczeństw, też warto dostrzegać jakie lekcje daje nam historia, że jeżeli zrobisz A (albo nie zrobisz A), to najczęściej skutek jest B. Na przykład nadmierne rozwarstwienie społeczne na poziomie majątkowym i bogacenie się niewielkiej grupy ludzi kosztem biednienia mas, zazwyczaj kończy się tak samo – czyli krwawą jatką. Może zatem jednak warto wprowadzać systemy, które będą pilnować redystrybucji dóbr. Ten problem staje się akurat, mam wrażenie, niebezpiecznie aktualny.

Podsumowując, przeszłość również jest zasobem, którego warto używać. Zasobem jak każde inne dobro naturalne – ropa, węgiel, gaz ziemny itp. Warto z niej czerpać.

Foto:Daniel Kulinski 


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.