Problematyczna „Księga M” Peng Sheperd

„Księga M” zdobyła całkiem spory rozgłos po debiucie.  Została nawet uznana za najlepszą powieść 2018 roku w kategorii Fantasy i Science Fiction według Amazona. Problem polega na tym, że przez cały czas kiedy czytałam tę książkę miałam wrażenie, że ja już ją znam, aż w końcu w połowie dotarło do mnie skąd. Nie jest to oczywiście plagiat, ale niestety trudno mi się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z mało wyraźnym i po prostu bladym odbiciem „Bastionu” Kinga.

Oczywiście, że wszystkie książki postapokaliptyczne, a do takich należy „Księga M” mają podobny schemat i często zamieniają się siłą rzeczy w powieść drogi. W końcu wiadomo, że w takich okolicznościach, człowiek który się nie porusza – ginie, jednak zbieżności z „Bastionem” jest tutaj za dużo. Nie mówię, że jest to zamierzone, nie wiem nawet czy autorka czytała „Bastion”, jednak książka opiera się na specyficznym pomyśle, który jest doskonale znany każdemu, kto dzieło Kinga czytał. Apokalipsa to nie tylko katastrofa, po której wszystko popada w ruinę, a ludzie skaczą sobie do gardeł. Razem z Armagedonem dzieje się magia przekształcająca rzeczywistość. U Kinga zmiana ta zaznacza się subtelnie, w snach. W przypadku „Księgi M”, wraz z utratą cienia ludzie zapominają, ale w zamian otrzymują przedziwne moce zdolne wpływać na świat, w którym żyją w ogromnym rozmiarze. Ponadto ci, którzy ocaleli też zmierzają w jedno miejsce mocy, gdzie znaleźć mają odpowiedzi. Niestety świat stworzony przez Sheperd nie dorównuje uniwersum Kinga ani złożonością ani w zakresie konstrukcji postaci. Początkowo liryczny ton opowieści ujmuje, ale im dalej w nią wchodzimy, tym bardziej zbliża się do schematycznych scen znanych ze slasherów postapo, co rozczarowuje. W dodatku zachowania głównych bohaterów pozbawione są sensu i po części służą tylko temu żeby rozmnożyć wątki i zrobić cokolwiek z fabułą. Główny zabieg fabularny, który pozwala na równoległe prowadzenie opowieści właściwie w trzech wymiarach narracyjnych, jest ciekawy, ale nie uzasadnia go logika opowiadania tylko chęć poprowadzenia książki właściwie gdziekolwiek. Niestety dalej ten trend jest kontynuowany i czytelnik pozostaje w stałym zadziwieniu w obliczu irracjonalnych decyzji bohaterów. Jakby razem z cieniem, nawet ci których jego utrata ominęła, z wolna tracili rozum, a ich pieśnią przewodnią był motyw: „Na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos na stos.” Niby w końcu okazuje się, że to wszystko do czegoś jednak zmierzało, ale jakby na siłę, jakby po to żeby jakoś skończyć. Trzeba przyznać, że zwrot akcji w końcówce jest najlepszym chyba pomysłem tej książki, więc warto dotrwać do finału, jednak nie jest to łatwe bo po pewnym czasie powieść staje się męcząca . Może gdybym wcześniej nie czytała „Bastionu”, który w apokalipsę przemyca magię finezyjnie, pozostając jednocześnie dziełem monumentalnym, „Księga M” podobałaby mi się bardziej, lecz cóż, czytałam, byłam tam, miód i wino piłam…

Tak sobie myślę, że jeżeli to była najlepsza fantastyka 2018 r. według Amazona, to chyba to nie był najlepszy rok dla tego gatunku.


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.