Zawsze „coś”

Znasz to? Wszystko zaplanowane do ostatniego milimetra, przemyślane, ogarnięte i powinno działać bez zarzutu. I nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na ciebie „coś”. Nieprzewidziane, rozwalające wszystkie plany na świetlany i upragniony „święty spokój”, cholerne, upierdliwe „coś”. A to dziecko, które przed chwilą właśnie przestało być chore, znowu jest chore; a to objawiły się dodatkowe obowiązki w pracy i nie, nie pojedziesz na wyczekiwany urlop; a to lodówka się zepsuła albo żona złamała nogę na prostej drodze. Zawsze „coś”. „Coś”, z czym trzeba sobie radzić, przepracować i ponaprawiać żeby móc znowu żyć nadzieją na kawałek świętego spokoju. Tak wygląda ludzka kondycja na łez padole tego świata.

Życie jest cierpieniem. Ta dość oczywista konstatacja legła u podstaw jednej z najliczniejszych doktryn filozoficzno – religijnych na nasze planecie. Większość systemów religijnych jest oparta na próbie zaspokojenia ludzkiej tęsknoty do zbawienia. Wizje raju to nic innego niż obietnica miejsca gdzie to „coś’ w końcu przestanie się nam przytrafiać i żyć będziemy długo i szczęśliwie, z reguły też wieczne. Jednak w doczesnym życiu będziemy nieść swój krzyż i nie ma przed tym ucieczki. I trzeba się z tym pogodzić.

Jest taka perska przypowieść o tym jak pewien sługa bogatego pana chciał uciec do Teheranu, przed śmiercią, którą spotkał w ogrodzie. Na pytanie skierowane do śmierci, dlaczego chciała przestraszyć sługę, ta odpowiedziała, że nie chciała go przestraszyć tylko dziwiła się, że jeszcze tu jest, bo miała go spotkać wieczorem w Teheranie. To opowieść o tym, że nie da się uniknąć śmierci, choćbyś uciekał przed nią na koniec świata. Podobnie jest też z cierpieniem. Nawet bogaci i sławni, ludzie którzy podobno mają wszystko, popełniają samobójstwa, nie mogąc znieść bólu, jaki towarzyszy życiu. Powstały całe gałęzie nauki, które mają nam w tym pomóc, na czele z psychologią, która w tym zakresie coraz skuteczniej zastępuje filozofię. Nikogo to jednak nie zwolni od wypracowania własnej odpowiedzi w obliczu tego problemu i sposobu radzenia sobie z nim.

Z doświadczenia wiem, że bunt w obliczu pojawiającej się na horyzoncie katastrofy, wszystkie żale typu: a dlaczego znowu „coś’ i olaboga gdzie jest mój utracony święty spokój, powodują jedynie dodatkowe straty energii na lamenty, które w niczym nie pomogą. Ten stan rzeczy trzeba zaakceptować. Brzmi to jakby było to łatwe i hop, siup idziemy do przodu, jednak wcale takie nie jest. Akceptacja jest trudna, co dopiero stoicyzm, rozumiany jako zachowanie szczęścia wewnętrznego w obliczu niesprzyjających okoliczności. Uzyskanie takiej postawy wymaga wiele pracy nad nastawieniem do otaczającego nas świata. Wierzę jednak, że jest to praca, która jest warta tego, by włożyć w nią trochę wysiłku. Warto stanąć jakby z boku i przyjrzeć się temu, co się dzieje z lekkiego dystansu. To pozwala poradzić sobie z najtrudniejszymi emocjami, które przychodzą na początku. Jest to też najtrudniejszy krok tego procesu.

Kiedy tak patrzę , stojąc trochę z boku, mam czasami takie wrażenie, że świat zsyła nam właśnie to, czego najbardziej się boimy. Jakby dawał nam zadanie, jakieś ćwiczenie, które musimy wykonać, by te lęki przerobić i chociaż do pewnego stopnia poradzić sobie z nimi. Jest takie znakomite opowiadanie Tove Jansson, z serii o Muminkach, o Fiifionce, która bała się katastrof. I katastrofa w końcu nadeszła, a kiedy przeminęła, okazało się, że można ja przeżyć i Filifionka zaczęła naprawdę żyć, bo pozbyła się lęku. Katastrofa taka czy inna, zapewne nadejdzie, może zatem zawsze warto mieć nadzieję, że poradzimy sobie z nią, jak Filifionka. Wczoraj był deszcz, dzisiaj świeci słońce. Nie ma nic pewno prócz zmiany.


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.