5 filmów bardzo brytyjskich na sobotę 

Jesteśmy z naszym blogiem na wycieczce po Wyspach Brytyjskich, nie ma zatem w tym nic dziwnego, że wybór filmów na sobotę nazywa się tak jak się nazywa. Starałam się wybrać do tego zestawienia filmy, które z różnych powodów, cechuje brytyjskość. Trudno jest określić na czym właściwie ta cecha – brytyjskość, polega, bo ma to coś więcej wspólnego z ogólnym klimatem niż analizą i to jest coś, co bardziej się czuje niż wie. W każdym razie, według mnie brytyjskie są

Okruchy dnia (reżyseria James Ivory, 1993 r.)

Kiedy pierwszy raz obejrzałam ten film, a było to w szkole średniej, wydał mi się nudny. Taką opinię przekazałam też mojej mamie parę lat później, zanim ona pierwszy raz zobaczyła ten film. Po obejrzeniu powiedziała mi, że co jak co, ale ten film na pewno nie jest nudny i powinnam go zobaczyć jeszcze raz. Zobaczyłam jeszcze raz i miała rację, film mnie zaczarował. Książka, której jest ekranizacją – „Okruchy dnia” Kazuo Ishigury również jest świetna i warto ją przeczytać.

Kazuo Ishigura jest Japończykiem mieszkającym od wielu lat na Wyspach. Bycie obcokrajowcem nie przeszkodziło mu w stworzeniu bardzo brytyjskiej opowieści, w której znakomicie oddał klimat tradycyjnego, angielskiego domostwa w początkach XX w. Posiadłość Darlington Hall jest spadkobiercą wielowiekowej tradycji ziemskich majątków tego typu. Tło historyczne to czasy zbliżającej się II wojny światowej. Właściciel Darlington Hall jest zaangażowany w politykę i opowiada się po stronie nurtu pronazistowskiego.

Najważniejsze w tym filmie jednak są relacje międzyludzkie ukazane na ciekawym, historycznym tle. Centralną postacią jest majordomus, dumny ze swojego zawodu i oddany jego etosowi perfekcjonista (znakomity Anthony Hopkins, jestem wciąż zafascynowana jak Anthony Hopkins potrafi dosłownie stać się daną postacią, przy wykorzystaniu bardzo oszczędnych środków wyrazu, to też zresztą bardzo brytyjskie). To on jest mistrzem ceremonii w tym koncercie, jakim każdego dnia jest sprawienie, że Darlington Hall jest sprawnie funkcjonującym organizmem. Do zapewnienia takiego efektu potrzebne było sporo zaplecze służby, która miała być niewidzialna i jednocześnie efektywna. Trzeba pamiętać, że dwory takie jak Darlington Hall, były w owych czasach w dużej mierze wciąż samowystarczalne i ich obsługa wymagała ogromnej ilości pracy. Jago główną współpracowniczką jest Miss Kenton (Emma Thompson partnerująca Hopkinsowi na równie wysokim jak on, poziomie). Mimo różnic miedzy nimi, stopniowo ich znajomość zmienia się w szacunek i wzajemne zrozumienie, a potem także uczucie. Uczucie ludzi oddanych obowiązkom od rana do wieczora, profesjonalnych i powściągliwych. Nie jest to wielka namiętność, lecz skromny cień intymności dwojga ludzi, który gubi się w konwenansach i obowiązkach związanych z prowadzeniem domu, które traktowane są jak posłannictwo. Wyśmienita, profesjonalna, angielska służba nie miała zbyt wiele czasu na uczucia.

Film znakomicie odzwierciedla realia historyczne i społeczne tamtych czasów. Jednocześnie jest wrażliwą historią ludzkich uczuć i emocji, przedstawionych w najdrobniejszych swoich niuansach. Jest jak paleta różnych tonów i kolorów, które malowane są delikatnymi muśnięciami pędzla. To film zbudowany na gestach i  dialogach, które pozornie nieznaczące, zawierają głęboką treść.Twórcom udało się przedstawić wszystkie barwy okruchów dnia. To właśnie takie okruchy składają się na życie każdego z nas. Dobrze jest uważnie przyjrzeć się, żeby je zobaczyć.

Jak zostać królem (reżyseria Tom Hooper, 2010 r.)

Wybrałam się na ten film do kina zupełnie przypadkowo. Było już wtedy o nim wprawdzie głośno, ale na pewno nie udałam się na seans niesiona powszechną falą euforii. Jednak z kina wychodziłam zachwycona. Przez cały czas trwania filmu uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dawno nie widziałam tak ciepłego, zabawnego i inteligentnego filmu. Terapeuta, który leczy przyszłego króla z jąkania to niezwykła postać. Jego cierpliwość, wyrozumiałości i pełne ciepła zaangażowanie sprawiają, że jest w stanie pomóc ludziom borykającym się z poważnymi problemami. Collin Firth i Geoffrey Rush tworzą tutaj mistrzowski duet. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na Helenę Bonham Carter w roli żony następcy tronu. Ona rzadko gra role tak poważne, dramatyczne, a okazuje się w nich naprawdę dobra.

Centralnym tematem historii jest niekonwencjonalna terapia przypadłości przyszłego króla, jaką jest jąkanie. Tylko z pozoru może się wydawać, że jest to błahy problem. Dla osób zmagających się z tym zaburzeniem, na pewno nie jest. Podczas spotkań terapeuty i pacjenta dowiadujemy się coraz więcej o relacjach panujących w rodzinie królewskiej i traumach, które tkwią w głowie przyszłego króla Jerzego VI. Sielankowe światy często tylko pozornie są sielankowe. Nawet królowie nie są wolni od trudnych doświadczeń.

Jestem w stanie sobie wyobrazić zupełnie inne potraktowanie tego tematu i poprowadzenie narracji w sposób bardziej poważny. Jednak ujęcie zastosowane w „Jak zostać królem” bardziej mi się podoba. Dzięki dystansowi i poczuciu humoru problemy jednostki są łatwiejsze do oswojenia. I tego się trzymajmy.

Cztery wesela i pogrzeb (reżyseria Mike Newell, 1994 r.)

Ładnie poukładana historyjka. Trochę zabawna, niespieszna i czarująca. Bardzo brytyjska. Te kościoły podczas ślubów i dopracowane w każdym calu ceremonie (z wyjątkiem ślubu, podczas którego pan młody opuszcza uroczystość). Na każdym ślubie obowiązkowe kapelusze i smokingi czyli typowo angielska elegancja. Bardzo pod względem estetyki podobał mi się ślub szkocki w zamku, który tak silnie kojarzy się z tym regionem, kobziarzami i tradycyjnymi tańcami.

Charles (Hugh Grant), główny bohater filmu, niestabilny relacyjnie, trochę niezdarny, z uroczym uśmiechem, jest też idealnym obrazkiem angielskiego chłopca. Jego wybranka, śliczna Carrie (Andy MacDowell) zawsze wydawała mi się sporo starsza od niego, wizualnie i mentalnie. Gdyby to było realne życie, miałabym spore wątpliwości co do przyszłych losów tego związku, a że jest to komedia romantyczna, kończy się idyllicznie.

Moją ulubiona jednak postacią tego filmu jest żywiołowy Tom, stary, rubaszny satyr, który potrafi bawić się jak nikt inny. Jego radość życia jest zaraźliwa. Taki też zostawia po sobie spadek. Umiłowanie życia to główny przekaz podczas jego pogrzebu. Bawmy się zatem i tańczmy póki się da.

Jejku, ten film ma już 20 lat!

Angielski pacjent (reżyseria Anthony Minghella 1996 r.)

To jest film, przy okazji którego zdefiniowałam ważną cechę brytyjskości. Opowieści o takim charakterze, potrzebują czasu, aby się rozwinąć. Wyspy Brytyjskie posiadają bogatą tradycję gawędziarstwa, która widoczna jest w sposobie narracji typowo brytyjskich filmów. To są historie, które potrzebują czasu. „Angielski pacjent” trwa prawie trzy godziny. Z minuty na minutę coraz bardziej wciąga nas fabuła tego filmu. Coraz lepiej czuje się jej emocje. Ostatnio bardzo sobie cenię wolniejsze tempo opowieści. Daje mi wytchnienie w naszych zabieganych czasach. Preferuję spacer, nie wyścig. „Angielski pacjent” znakomicie zaspokaja tę potrzebę. Poza tym to piękna historia. Tytułowy angielski pacjent (Ralph Fiennes) pozwala stopniowo poznać sekrety swojego życia i miłości do wyjątkowej kobiety (Kristin Scott Thomas). Z każdym słowem i obrazem rozumiemy go coraz lepiej i darzymy sympatią. Cenne są filmy, które obrazują złożoność ludzkich relacji i uczuć. W „Angielskim pacjencie” wyjątkowo dobrze oddaje tę kwestie wątek Davida Carravaggia (Willem Dafoe), Łosia, który odnajduje bohatera filmu – angielskiego pacjenta, po to, by go potępić. Im bliżej go poznaje, tym dalszy jest od swego początkowego zamiaru. Jest scena, w której porzuca ten zamiar zupełnie i stojąc w oknie mówi, że blask poranka pozwala zapomnieć o demonach nocy. W końcu, z tej wojny, podczas której żyli, każdy wyniósł jakieś demony. Nie było człowieka, na którym nie pozostawiłaby swojego strasznego śladu. Film ten pokazuje jednak, że demony w ogólnym rozrachunku, na szczęście nie zwyciężają, że można pozwolić im odejść w spokoju. Jest to możliwe, ponieważ w ludzkiej pamięci, w przestrzeni wewnętrznej, oprócz demonów są także kościoły, w których trwają barwne freski świętych o spokojnych twarzach.

Monty Python i Święty Graal (reżyseria Terry Gilliam, Terry Jones, 1975 r.)

Tego nie mogłam pominąć. Z przyczyn oczywistych. Monty Python w całości jest esencją brytyjskości. W tym filmie jest esencją jeszcze bardziej. Że można być jeszcze bardziej esencjonalnym niż esencja, wiem z reklamy sosu pieczeniowego z torebki, który jest jeszcze bardziej pieczeniowy niż sam sos pieczeniowy.

W każdym razie, ekipa Monty Python’a wzięła się za klasykę brytyjskich legend czyli opowieści o Królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu. Legendy arturiańskie to tradycja kultury brytyjskiej. Kpiny z etosu legend, przy użyciu najlepszej wersji absurdalnego, brytyjskiego humoru dają de facto podwójną brytyjskość, mocną jak podwójna szkocka.

„Monty Python i Święty Graal” należy do mojego żelaznego repertuaru filmów poprawiających humor.

Są ludzie, których Monty Python nie bawi i git. Mnie bawi. Mało co bawi mnie równie bardzo. Np. jadą rycerze przez las, a tam w tym lesie czyha na nich straszna groza, ale to straszna groza, taka, że ohoho i olaboga, bo tam mieszkają rycerze, którzy mówią Ni. Albo dialog czym się różni afrykańska jaskółka od europejskiej. I to, że król Artur udaje, że jeździ na koniu, a jego giermek wystukuje rytm kopyt na orzechach kokosowych. I skąd wzięły się w średniowiecznej Anglii orzechy kokosowe – pewnie przyniosła ja w łapkach jaskółka afrykańska. Albo Czarny Rycerz, który po odcięciu wszystkich kończyn nadal przechwala się, że pokona Króla Artura i wyzywa go od tchórzy.

Od roku 1975 r. Święty Graal wciąż daje radę. To się nazywa klasyk.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.