5 filmów bardzo retro na sobotę

Dzisiaj podróż filmowa w odległe już czasy. Między rokiem 1929 r. a 1961 wybrałam parę filmów, na które warto zwrócić uwagę. Są to siłą rzeczy filmy bez efektów specjalnych rozrywających ekran eksplozjami niezwykłych fajerwerków. To czysta fabuła, ujęcia, aktorzy, opowieść. W pewien sposób dają odpoczynek od bodźców, którymi nasycone są współczesne filmy. Zatem nostalgiczna chwila wytchnienia w szybkich, przepełnionych informacjami czasach.

Casablanca (reżyseria Michael Curtiz, 1942 r.)

Znajduje się w tym zestawieniu film, o którym mówiono, że jest najlepszym obrazem w historii kina – Obywatel Kane – polemizowałabym z tym poglądem. ”Casablanka” robi na mnie większe wrażenie. Przede wszystkim trzeba zacząć od zdetronizowania pewnego poglądu dotyczącego ”Casablanki”. Jest to film w większości kojarzony z kategorią romansu lub melodramatu. Miałam pewne trudności z namówieniem Kotowatego do obejrzenia tego filmu, sądzę, że właśnie z tego powodu. Przekonał się jednak stosunkowo szybko, że jest to kwalifikacja mylna. Tak, istotny jest wątek miłosny, ale nie o romans w tym filmie chodzi, lecz o ukazanie relacji międzyludzkich oraz wartości jakimi ludzie się kierują. Jest II wojna światowa. Casablanca w Maroku to miejsce, w którym zatrzymują się uciekinierzy z Europy w swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, czekając na upragniony samolot do Lizbony. Lizbona to port, z którego wypływają statki do wytęsknionej Ameryki. Casablanca oficjalnie znajduje się pod rządami francuskiego, kadłubkowego rządu Vichy, czyli de facto pod silnym niemieckim wpływem. Jednym z centralnych miejsc miasta jest klub Ricka Blaine’a (Humphrey Bogart) „Rick’s Café Americain”. Pewnego wieczoru w tym miejscu pojawia się uciekający przez nazistami Victor Laszlo (Paul Henreid), jeden z najważniejszych przywódców europejskiego ruchu oporu, w towarzystwie pięknej kobiety Ilsy Lund (Ingrid Bergman) – „Dlaczego ze wszystkich lokali na całym świcie musiała wybrać właśnie ten?”. Okazuje się, że Rick i Ilsa mają wspólną przeszłość. Ich wzajemne relacje, uczucia, historie wplecione w losy wojny oraz wybory, których dokonują, składają się na fabułę filmu. Klasyka – zaczarowany trójkąt miłości i nienawiści, który bulgocze od emocji. Emocje ubrane w eleganckie dialogi. Dialogi są, moim zdaniem, najmocniejszą stroną tego filmu. Sposób w jaki rozmawiają ze sobą główni bohaterzy, inteligentny, pełen klasy, często z poczuciem humoru to mistrzostwo świata. Zastanawiałam się gdzie podziała się sztuka konwersacji. Kotowaty zadał ważne pytanie – czy w ogóle kiedykolwiek ludzie rozmawiali ze sobą w taki sposób, czy to tylko film daje nam takie złudzenie? Myślę że tak, rozmawiali kiedyś w podobny sposób bardziej powszechnie niż teraz, niestety sztuka ta zanika. Swobodna, uprzejma, inteligentna rozmowa to rodzaj elegancji, który jest wyznacznikiem klasy ludzi, którzy ją prowadzą. Wymiany zdań między Victorem Laszlo a Rickiem Bleinem, szczerość i sposób ujęcia tematu z pewnym dystansem i jednocześnie szacunek do rozmówcy: „Odkąd przekroczyłem próg tego klubu, wiem, że kocha pan pewną kobietę. Najwyraźniej, tak się składa, że ja kocham tą samą kobietę.” (cytat może być trochę niedokładny, ale wydaje mi się, że dobrze ilustruje to o czym próbuję powiedzieć). Szczególnie przepadam za dialogami z udziałem kapitana Louisa Renaulta (Claude Rains), miejscowego szefa policji. W ogóle radzę zwrócić uwagę na tę postać. Jest to człowiek dostosowujący się do okoliczności, w gruncie rzeczy nie taki przecież znowu zły, który skieruje się tam gdzie zawieje wiatr. Wykonuje swoje obowiązki, ale niezbyt gorliwie, na tyle, na ile trzeba, żeby się nie narazić, a poza tym korzysta z życia. Ma też dar bystrej obserwacji, który na pewno pomaga mu dobrze znaleźć się w każdej sytuacji. Kreacje pierwszoplanowych bohaterów też są świetne. Humprey Bogard jako Rick, który pod maską cynizmu ukrywa sentymentalne i szlachetne serce to niezapomniana rola. Partnerująca mu Ingrid Bergman jako Ilsa – piękna i tajemnicza, dumna i silna, rozdarta między obowiązkiem a miłością jest wspaniała. Razem stworzyli jedną z najbardziej znanych par w historii kina. „Casablanka” jest doskonałym dramatem psychologicznym i jestem przekonana, że Rick po prostu nie mógł dokonać innego wyboru niż ten, którego dokonał, jeżeli chciał ocalić Paryż (sławne „zawsze będziemy mieli nasz Paryż”) i swój obraz w oczach Ilsy. Klasyka na najwyższym poziomie.

A! Jest też słowiański akcent – zauważony przez Kotowatego, barman mówi: „Na zdrowie.”, „Pij do dna.”. ☺

Obywatel Kane (reżyseria Orson Welles, 1941 r.)

“Obywatel Kane” często przedstawiany jest jako najlepszy film w historii kina. Na pewno w swoim czasie był filmem innowacyjnym na wielu płaszczyznach – kadrowania, narracji, muzyki. Do dziś jest znakomity. Jest to reżyserski debiut Orsona Wellesa. Jego słuchowisko „Wojna światów” nadane 30 października 1938 r. okazało się tak realistyczne, że, jak głosi legenda, zostało odebrane jako prawdziwa relacja z inwazji kosmitów na planetę Ziemia, co spowodowało nawet ucieczki przekonanych o ataku słuchaczy z domów. Debiut filmowy Wellesa okazał się równie spektakularny, w opinii recenzentów. Nie był jednak sukcesem kasowym.

Film podejmuje temat, który nie traci na aktualności – jest nim historia człowieka uważanego za jednostkę wybitną, nietuzinkową. Relacjonuje życie Charles Fostera Kane stanowiącego ucieleśnienie american dream. Pierwowzorem postaci jest niewątpliwie William Randolph Hearst. Jest zresztą scena, w której Hearst zostaje wymieniony z imienia i nazwiska w jednym szeregu z Kane’em, co jest smakowitym zabiegiem, jakby reżyser puszczał do widza oczko – wiem, że wiesz i jeszcze w dodatku trochę się tym pobawię ☺ Osobiście lubię takie gierki. Film zawiera też wątki z życiorysu samego Orsona Wellesa. Rozpoczyna się z momentem śmierci Kana’a. W wieku siedemdziesięciu sześciu lat Kane umiera wypowiadając tylko jedno słowo: „rosebud” (pączek róży). Twórcy dokumentu o życiu Kane’a próbują odkryć znaczenie tego słowa, licząc że pomoże im rozwikłać tajemnicę jego życia i odpowiedzieć na pytanie jakim naprawdę był człowiekiem i co było dla niego ważne. Fabuła filmu jest podróżą dziennikarza śledczego od jednej do drugiej osoby z bliskiego otoczenia Kane’a. Każde spotkanie coraz bardziej przybliża nam jego postać. Postać człowieka o ogromnej złożoności. Milionera, magnata prasowego, próbującego swoich sił w karierze politycznej, męża dwóch żon, jednostki o ogromnej charyzmie. Stanowi też świadectwo jego przemiany oraz drogi do pogłębiającej się samotności. Jest to wyśmienita analiza postaci, bardzo wciągająca, od strony aktorskiej, mistrzowsko zagrana. Największą rolą w tym filmie jest niewątpliwie sam obywatel Kane, w którego wciela się Orson Welles. Uważam, że ślady tej postaci można znaleźć w innych, podobnych biografiach np. w „W wilku z Wallstreet” Martina Scorsese. Leonardo diCaprio, odtwarzający w „Wilku..” główną rolę, nawet w niektórych gestach przypomina obywatela Kane’a. Tajemnica rosebund w pewien sposób zostaje rozwiązana pod koniec filmu. „Obywatel Kane” na pewno jest filmem, który daje do myślenia. Mam przed oczami obraz wielkiego obywatela Kane w jego wielkiej rezydencji bez żadnej bliskiej osoby z kulą wypełnioną sztucznym śniegiem w ręku.

Bulwar zachodzącego słońca (reżyseria Billy Wilder, 1950 r.)

Jest to jeden z filmów, który poleciłabym ludziom chociaż trochę zainteresowanym historią kina. W dużej bowiem mierze jest filmem autotematycznym – kino, które mówi samo o sobie. Jest też bardzo mocnym filmem i niełatwo o nim zapomnieć. Można go też odczytać jako metaforę samego kina i świata Hollywood, rzeczywistości blichtru i samouwielbienia. Uciekający przez wierzycielami scenarzysta Joe Gillis (William Holden), przypadkowo skrywa się w rezydencji przy 0086 Sunset Boulevard. Okazuje się, że dom należy do gwiazdy kina niemego Normy Desmond (Gloria Swanson). Dama proponuje mu wspólną pracę nad scenariuszem do jej nowego filmu. Przyjmując ofertę Gillis zostaje w jej domu i tym samym w rzeczywistości wykreowanej przez umysł swojej gospodyni. Początkowo sytuacja mu odpowiada. Wiedzie wygodne życie odgrodzony od kłopotów finansowych czekających na niego za murami rezydencji. Z czasem jednak staje się więźniem iluzji, którą żyje Norma. Norma wierzy, że nadal jest gwiazdą sceny wielbioną przez tłumy fanów. Złudzenie to jest podtrzymywane przez wiernego kamerdynera. Film jest znakomitym przedstawieniem obsesji i stopniowego szaleństwa głównej bohaterki, powodującego zupełne zerwanie więzów z realnym światem. Cały dom, pełen przedmiotów, mebli i bibelotów wygląda jak plan filmowy, który stanowi scenę jednego aktora – byłej gwiazdy, która śni o wielkości. Momentami jest fascynująca i przerażająca jednocześnie w swojej obsesji, scenicznych gestach i niezachwianej wierze, że cały świat czeka na jej wielki powrót. Dla każdego jest oczywiste, że nikt nie czeka. Zderzenie jej przekonania i realiów daje niezwykle silny kontrast tworząc efekt groteski. Jednocześnie, kiedy uświadamiamy sobie, że umysł ludzki jest zdolny do stworzenia sobie alternatywnej wersji rzeczywistości, widzimy Normę Desmond jako postać smutną, nawet tragiczną, nie tylko żałosną. Gloria Sawnson daje znakomity popis aktorstwa w tej roli. Nie waham się użyć określenia, że jest to rola wielka, zagrana bardzo wiarygodnie. Scena końcowa, w której starzejąca się, wybrzmiała gwiazda schodzi ze schodów swojego pustego domu przy bulwarze Zachodzącego Słońca jest jedną z najlepszych scen kinematografii.

Śniadanie u Tiffany’ego (reżyseria Blake Edwards 1961 r.)

Film na podstawie opowiadania Trumana Capote. Muszę przyznać, że inaczej wyobrażałam sobie Miss Golightly, ale Audrey Hepburn stworzyła tak uroczą postać, że zupełnie skradła moje serce. „Śniadanie u Tiffany’ego” jest filmem, który można oglądać wiele razy i który nigdy się nie nudzi. Szczególnie dobrze sprawdza się w jesienne wieczory ponieważ Holly Golightly ma w sobie blask, który połączony z nutą szaleństwa potrafi rozjaśnić ciemność świata. Jak można nie kochać tej wspaniałej dziewczyny, lekko naiwnej, uśmiechniętej, postrzelonej panny do towarzystwa, szukającej bogatego męża w wielkim mieście Nowy York. Jest to osóbka, którą trudno zapomnieć. Żyje kierując się wewnętrznym kompasem, sama wyznacza swoje szlaki i nawet jeżeli trochę się gubi, sama potrafi się także odnaleźć. Wszystko co robi jest czarujące. Czarująco zamyka drzwi przed nosem panu, który zapłacił za kolację i liczył na coś więcej, uroczo, pakuję torebkę, żeby odwiedzić gangstera w więziennej twierdzy, jest słodka kiedy się smuci i wędruje do sklepu Tiffany’ego żeby pocieszyć się wizją luksusu. Audrey Hepburn stworzyła z tej postaci ikonę, którą umieszcza się na plakatach w wielu domach na całym świecie. Nie dlatego jednak warto pamiętać o cudownej Holly. Warto ponieważ jest ona żywym, iskrzącym się promieniem piękna, który nie może obiecać, że zostanie z nami na dłużej, lecz rozjaśnia świat.

Pies andaluzyjski (reżyseria Luis Buñuel 1929 r.)

Długo przymierzałam się do obejrzenia „Psa andaluzyjskiego”. Scenariusz do filmu napisał Luis Buñuel i Salvador Dali więc jako wielbiciel surrealizmu, uważałam, że jest to moja pozycja obowiązkowa. W końcu, w tym pięknym październikowym tygodniu postanowiłam odrobić lekcje i obejrzeć. Skończyłam na drugiej scenie. Scenie pt. brzytwą po oczach.

I podziękowałam. Nie przyswajam. Przepraszam bardzo, nie. Im jestem starsza tym bardziej maleje moja tolerancja na obrazy tego typu. Recenzji zatem nie będzie. Będzie ostrzeżenie o scenach drastycznych. UWAGA! SCENY DRASTYCZNE! Jest takie powiedzenie – brzytwą po gałach – to z tego??? Odradzam.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.