Altered Carbon – wrażenia po pierwszych trzech odcinkach

Czekaliśmy na ten serial. Pierwszy odcinek jednak nie zachwycił. Zapewne dlatego, że nie sprostał nadmiernie rozbuchanym oczekiwaniom. Rozumiem, że konieczne było wprowadzenie do świata i zarysowanie historii, ale jednak wyszło to niezbyt zgrabnie. Brakowało tej opowieści finezji. Naprawdę nie ma konieczności podawania widzowi wszystkiego na talerzu, szczególnie w przypadku cyberpunkowej produkcji, których odbiorcy przyzwyczajeni są jednak do pewnego poziomu złożoności. Opis przechowywania ludzkiej świadomości i możliwości jej migracji z jednego do drugiego ciała, pod warunkiem zachowania danych na czipie, podany w formie wykładu był brutalnie łopatologiczny. Nie przekonały mnie również rozterki głównego bohatera dotyczące przyjęcia zlecenia śledztwa w sprawie morderstwa miliardera i jego rozmowy z duchami z przeszłości.

Na szczęście nie zaprzestałam oglądania serialu po pierwszym odcinku i okazało się, że drugi i trzeci jest już znacznie lepiej poprowadzony. Świat „Altered Carbon” powoli mnie wciąga i mam ochotę bardziej się w niego zagłębić. Odpowiada mi sposób prowadzenia narracji, który jest flirtem z klasyczną formą kryminału w stylu Raymonda Chandlera. Główny bohater coraz bardziej zaczyna przypominać Philipa Marlowe, do którego zawsze miałam słabość. Kobiety mają słabość do tego typu. Przystojny, skłonny do używek twardziel po przejściach, który w głębi ukrywa wrażliwą duszę. Buntownik, wyobcowany ze świata, pociągający i tajemniczy jak Humphrey Bogart w „Casablance”. Trzeba przyznać, że Joel Kinnaman świetnie sprawdza się w tej konwencji jako Takeshi Kovacs. Dodatkowo sceny, w których występuje w negliżu są bardzo przyjemne dla oka. Mocnym punktem programu według mnie będzie także Chris Conner jako Poe – sztuczna inteligencja, która zarządza hotelem „Kruk”, również utrzymanym w stylistyce noir. Poe wprowadza element humorystyczny i zarazem sam jest interesującym wątkiem jako SI badająca ludzkie zachowania. Ma też ciekawych kolegów więc liczę na to, że historia rozwinie się także w tym kierunku. Trochę gorzej jest z rolami żeńskimi. Martha Higareda w roli porucznik Kristin Ortegi jest trochę przesadna i mam wrażenie, że momentami ociera się o sztuczność. Rozumiem zamysł jaki towarzyszył tworzeniu pary policjantów Ortega – Abboud (tej roli bardzo dobry Waleed Zuaiter), w której ona jest tą młodą zbuntowaną, a on starym, zrównoważonym, ale niestety w tym wszystkim ona na razie wygląda jakby stale grała na jednej nucie. Potencjał ma Kristin Lehman jako Miriam Bancroft i tutaj też mam nadzieję, że zostanie on wykorzystany. Niedługo się o tym przekonam.

Netflix daje możliwość oglądania całej serii od razu. Z jednej strony jest to atrakcyjna opcja, bo wszystko jest na wyciągnięcie ręki uzbrojonej w pilota. Z drugiej czai się groźba podłączenia mózgu do telewizji na długie godziny, co smakuje uzależnieniem. Zwłaszcza, że współczesne seriale, jeżeli chodzi o obraz, są na poziomie zbliżonym do wysokobudżetowych produkcji kinowych. „Altered Carbon” wizualnie jest bardzo dobry, ma ładne kadry i kolorystykę. Feeria barw i neonowych świateł tworzy klimat przypominający połączenie „Blade runner” i „Ghost in the shell”. Rasowy cyberpunk. Poza tym ciekawy świat i historia oraz kategoria seks, przemoc, wulgaryzmy. To powinien być sukces. Cieszy mnie też fakt, że kino coraz częściej sięga po scenariusze oparte na książkach, które oferują dużo możliwości. Liczę na to, że ten mariaż przyniesie jeszcze wiele interesujących efektów.


Zobacz więcej o: fantastyka, recenzje, seriale


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.