Mitologia skandynawska – wybór między wersją Rogera Lancelyn Greena i Neila Gaimana

Mity się nie starzeją ponieważ są uniwersalne. Na przykład ulubiona opowieść skandynawska Tolkiena o Sigurdzie Wolsungu i smoku Fafnirze to w istocie historia przedstawiająca skutki zachłanności. Mit o śmierci Baldra, ulubionego syna Odyna, opisuje niszczące konsekwencje zawiści. Dlatego warto czytać mity, przystanąć na chwilę i zastanowić się nad ich znaczeniem. Obecnie rynek wydawniczy oferuje dwa godne uwagi zbiory mitów skandynawskich.

Pierwszą jest klasyczny zbiór mitów Rogera Lancelyna Grena zatytułowany „Mitologia skandynawska”. Green należał, podobnie jak J. R. R. Tolkien i C. S. Lewis do towarzystwa Inklingów. Inklingowie byli grupą oksfordzkich intelektualistów, którzy regularnie spotykali się w pubie „The Eagle and Child”, by rozmawiać o literaturze i sprawach tego świata, recenzować wzajemnie swoje utwory i dyskutować o nich. Wydaje się, że stanowili dla siebie wzajemnie inspirację. Trochę też rywalizowali, co z pewnością miało korzystne wpływ na ich twórczość. Podobnie jak Tolkien, Lacelyn Green chciał oddać w spisanych przez siebie mitach, północnego ducha skandynawskich krain. Sam był potomkiem normandzkich wikingów, którzy podbili Anglię, tym większe zatem miał zobowiązanie względem dziedzictwa przodków. Po lekturze „Mitologii skandynawskiej” w jego interpretacji, jestem przekonana, że udało mu się zrealizować swoje zamiary. Jest w tych opowieściach surowy klimat północy i otwarta przestrzeń oceanu. Ogromną zaletą jest duża obrazowość jego prozy. Nie uderza też w podniosłe tony, zupełnie słusznie ponieważ opowieści Normanów bronią się same i niepotrzebny im jest zbędny patos. Patos łatwo zresztą zamienić w śmieszność. Lancelyn Green unika tej pułapki. Oferuje nam żywy, bogaty świat skandynawskich bogów opisany w taki sposób, że wydaje się jakby wszystkie te wydarzenia działy się w czasie rzeczywistym, tu i teraz. Nie jest to zbiór zapomnianych historii, wydobytych z mroków dziejów, lecz aktualna opowieść, która porusza wyobraźnię. Tak jakby czas dzielący nas od powstania mitów nie miał żadnego znaczenia. Bogowie przechadzają się po łąkach Asgardu w promieniach słońca. Odyn siedzi na swoim wysokim tronie i patrzy jednym okiem na wszystkie światy, próbując przeniknąć tajemnice losu. Loki knuje swoje podstępne plany, a Thor walczy z olbrzymami. Wszystko to opisane jest wyjątkowo plastycznie, tak że łatwo dokonać wizualizacji akcji i przestrzeni. Dodatkowo opowieści ułożone są w spójną całość i łatwo prześledzić jest powiązania pomiędzy różnymi historiami, które wszystkie zmierzają do tego samego finału – końca tego świata – wielkiej bitwy Ragnarok.

Drugim zbiorem mitów, który warto przeczytać, chociażby po to, by porównać go z dziełem Lancelyna Greena, jest „Mitologia nordycka” Neila Gaimana. Neil Geiman należy do pisarzy, których bardzo cenię, więc kiedy książka ukazała się na rynku polskim od razu ją zakupiłam. Byłam ciekawa jak Gaiman poradził sobie z tematem mitów. Wcześniejsza jego twórczość wskazuje, że mitologia jest dla niego istotnym źródłem inspiracji, spodziewałam się zatem perełki. Gaiman mnie nie rozczarował, ale jednak w porównaniu do prozy Lancelyna Greena, wersja Gaimana wydaje mi się uboższa. Trudno mi uchwycić dlaczego odnoszę takie wrażenie. Możliwe, że brak jest jej malowniczości, która cechuje opowieść Lancelyn Greena. Mniejsza jest też ilość opisanych mitów, brakuje mi na przykład historii smoka Fafnira. Nie jest to wprawdzie mit sensu stricto lecz saga, stanowi jednak tak ważną część dziedzictwa kulturowego północy, że ten brak jest odczuwalny. Lancelyn Green świetnie to rozpoznawał. Dodatkowo, wydaje mi się, że Lancelyn Green ma dar opowiadania, który przypomina tradycję ustnych opowieści bardów. Kiedy czytam Lancelyna Greena czuję się jakbym słuchała jednego z nich. Jednak nie zniechęcam nikogo do lektury mitologii w wersji Gaimana. Moim zdaniem warto przeczytać oba zbiory żeby czerpać przyjemność z porównania i powrotów do świata Asów i Wanów, dzikiej i pięknej północy. Sygnalizowany w tytule tekstu wybór między tymi wersjami jest zatem dylematem fałszywym. Warto dodać, że ułożenie opowieści w obu przypadkach jest podobne – zaczyna się wyłonieniem świata z chaosu, a kończy ostateczną bitwą Ragnarok, podczas której bogowie walczą z olbrzymami. Obie pozycje zawierają też bardzo przydatne glosariusze, które ułatwią orientację, szczególnie czytelnikowi mało obeznanemu z mitologią nordycką. Z tym, że tutaj również trzeba przyznać, że glosariusz u Lancelyna Greena jest bogatszy.

Mity skandynawskie świetnie czyta się w zimowe noce, przy dyskretnym świetle lampy lub żywym ogniu, jeżeli ktoś ma te szczęście i posiada kominek, słuchając klimatycznej muzyki i popijając czerwone, grzane wino. W takie wieczory jest szansa, że dostrzeże się za oknem cień szerokoskrzydłego kapelusza ojca bogów, spod którego błyszczy jego jedyne, widzące oko. I gra rozpoczyna się od nowa.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.