Dlaczego nie oglądam tzw. filmów ambitnych

Mija kolejny łikend i z mojej listy filmów tzw. kina ambitnego zostały strzępy. Znowu cały wieczór nic tylko strzelanki, zabili go i uciekł oraz efekty specjalne w dużych ilościach. Boleję nad sobą. Pociesza mnie fakt, że nie jestem odosobniona. W box office króluje „Jumanji”. Jak zwykle chciałoby się rzec. I znowu internety rozgrzewa dyskusja pt. jak można to oglądać, czy im oczu nie szkoda, jakże rozczarowujący jest poziom ludzkości. Może to nie Zenek Martyniuk, ale weź się przyznaj wśród prawdziwych znawców, że byłeś w kinie na „Jumaji”. Już czeka na ciebie ten ton lekkiej pogardy i wyższości, który serwuje ci prawdziwy znawca sztuk wysokich. A ty w dodatku dobrze się bawiłeś na tym nieszczęsnym „Jumanji” i wyszedłeś z kina zadowolony, a teraz zostajesz z tym uczuciem jak z gołym tyłkiem na mrozie, bo przecież okazuje się, że jak tak można i w ogóle razisz Parnas tyłkiem swoim i z czym do ludzi.

A jednak można. Będzie to moje coming out: wolę obejrzeć dobre kino rozrywkowe niż męczący film ambitny, nawet gdyby był klasy A super ++ i klękajcie narody.

A dlaczego wolę? Wolę przede wszystkim dlatego, że tzw. kino ambitne z reguły wybiera tematy, które nie należą do najlżejszych. Może jest to nadmierne uogólnienie, ale mam wrażenie, za każdym razem kiedy podchodzę do filmów tego rodzaju, że wyznacznikiem kina ambitnego jest koniecznie trudny temat. Temat ciężki jak tona stali zwisająca nad moją głową. Skomplikowane relacje, problemy z tożsamością, traumy i całe zło tego świata wylewa się na mnie z ekranu. Na przykład ostatnie moje podejście do kina ambitnego – „Florida project”, potwornie mnie wymęczył. Wyszłam z kina z energią ciemnej doliny. Film miał znakomite recenzje, a krytycy rozpływali się w zachwytach i nie mówię, że to jest kiepski film, absolutnie nie. To jest bardzo dobry film, tylko że dla mnie oglądanie przez półtorej godziny relacji z życia patologicznej matki i jej córki, która rzecz oczywista w tej sytuacji, wyrasta na patologię, jest męczące. Ja wiem, co autor chciał nam pokazać, doceniam jego wysiłki, ale po prostu nie mam ochoty babrać się w takich problemach. Moje życie, jak życie większości ludzi, również nie jest usłane różami i po ciężkim tygodniu pracy mam ochotę się od tego wszystkiego oderwać, a nie wchodzić w jeszcze głębsze cienie. Myślę, że to jest sedno sukcesu kina rozrywkowego – możliwość zapomnienia o problemach i odpoczynek. Uważam, że dzielę tę potrzebę z rzeszą ludzi, którzy idąc do kina, właśnie dlatego wybierają „Jumaji”, a nie „Florida project” czy inny ambitny film. Dlatego w tym tygodniu pójdę do kina na „Czarną panterę”, a nie na „Niemiłość”. „Niemiłość” trafi na moją listę filmów do obejrzenia i zapewne długo na niej pozostanie. Jeżeli miałabym być wobec siebie uczciwa, muszę powiedzieć, że zapewne zostanie na tej liście na wieczność. Wystarczy, że się trochę rozejrzę i widzę temat tego filmu – rozpad relacji międzyludzkich w rodzinie, boleśnie aktualny w otaczającej mnie rzeczywistości. W tej sytuacji trudno mi jest chcieć oglądać to powtórnie, tyle że w ubraniu artystycznej formy.

Poza tym uważam obecnie dychotomię kina ambitnego i rozrywkowego za fałszywą. Istnieje przywiązanie do tezy, że kino ambitne oferuje coś na kształt funkcji antycznej tragedii, którą było oczyszczenie emocjonalne, wskutek głębokiego przeżycia problemu. Kino rozrywkowe nie kojarzy się z taką funkcją. Nie jest jednak przecież pozbawione treści, które aktywują głębokie przeżywanie emocji. Oglądałam niedawno po raz wtóry „Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara” – typowe kino rozrywkowe i scena śmierci Kapitana Barbossy spowodowała, że łzy płynęły mi po twarzy. Dlatego uważam za szkodliwe wkładanie filmów do pudełek z napisami – kino ambitne/ artystyczne i kino rozrywkowe/nie daj Boże blockbuster, co powoduje często deprecjonowanie tych ostatnich. Żadna Akademia nie przyzna nagrody za pierwszoplanową rolę w blocbusterze. Jakby można było popełnić taki czyn, przecież głównym celem tego kina ma być zarabianie pieniędzy, a nie poziom artystyczny. Na przykład Jennifer Lawrence dostała Oscara za „Pamiętnik pozytywnego myślenia”. Kto by tam przyznał jej nagrodę za „Hunger games”, w którym stworzyła przecież pełnowymiarową, świetnie zagraną postać. A powołała przecież do życia Katniss Everdeen z krwi i kości, w pełni wiarygodną. W moim odczuciu, jest to rola lepsza niż jej występ w „Poradniku pozytywnego myślenia”. Za to jednak nie możemy jej nagrodzić, przecież to był blocbuster. Przywiązanie do przekonania, że tylko kino ambitne może oferować wartość i wysoki poziom sztuki, może powodować zamknięcie się na przeżywanie filmów zakwalifikowanych do innej kategorii i korzystanie w pełni z tego co oferują. Trzeba bowiem pamiętać, że odbiór sztuki zależy w dużej mierze także od samego widza. Zobaczy on tyle, na ile szeroko otwarte będzie miał oczy. Szufladkowanie nie sprzyja szerokiemu ich otwarciu.

Tytuł tego tekstu jest oczywistą prowokacją, bo nie mam zamiaru wykluczać ze swojego życia filmów, które nie należą do kategorii kina rozrywkowego. Nie podoba mi się jednak retoryka typu „wiem więcej, widzę więcej, tak to jest mniej więcej”, bo oglądam tylko ambitne kino. Reszta jest be i fe, a jak ty oglądasz tę resztę to też jesteś fe. Niestety część tej retoryki wcale nie świadczy o szerokich horyzontach jej autorów, szczególnie w przypadkach gdy stanowi personalny atak, wymierzony w widzących inaczej. Niedawno mój partner powiedział do mnie: „Przyznaj się, że ty lubisz Dwayna Johnsona”. Oczywiście się przyznałam. Tak, lubię Dwayna Johnsona mimo, że kiepski z niego aktor. Podoba mi się jego dystans do siebie i zabawa własnym wizerunkiem oraz rozbrajający uśmiech z białymi zębami. I na pewno obejrzę „Jumanji”. Z pewnością będę się świetnie bawić.

 


Zobacz więcej o: filmy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.