Bitwa

Wracali późnym wieczorem ze spotkania ze znajomymi. Wchodząc po schodach na trzecie piętro dobrze utrzymanej kamienicy nie rozmawiali ze sobą. Kroki stawiali równo, odmierzone w jednym rytmie, który powstał ze wspólnego wchodzenia tymi schodami przez dziesięć lat. Dzieci były u babci więc mogli czuć się swobodnie w przestronnym mieszkaniu. Mieli dużo miejsca – dobre warunki żeby się kochać.

– Byłaś dzisiaj gwiazdą wieczoru – powiedział kiedy zamknęli drzwi.
– O co ci chodzi?- zapytała. Nie zdjęła płaszcza do końca, zatrzymała się w pół ruchu.

Dowódca powstrzymał konia. Jego kawaleria czekała za wzgórzem, piechota została pod lasem na prawym skrzydle. Przeciwnik już tu był. Wzniesienie po drugiej stronie polany najeżone było włóczniami, złote hełmy połyskiwały w słońcu. Dowódca zjechał do swoich zbrojnych żeby przygotować ich do walki. Najchętniej nie posyłałby ich tam wcale. Wróg był silniejszy, miał się bić na swoim terenie. Jedyną szansą Dowódcy Zielonych była taktyka oparta na zaskoczeniu. Generał Złotych nie spodziewał się, że jego nieprzyjaciel dysponuje piechotą, jazda też mogła mu zrobić nielichą niespodziankę. Dowódca robił przegląd pierwszego szeregu, tego który oberwie najbardziej. Uśmiechnął się lekko widząc na ich ponurych twarzach zdecydowanie – nie byli z tych, co to uciekają, nawet wobec tak oczywistej przewagi. Potem poprowadził ich na wzgórze, szli pewnie, z determinacją, ale bez śpiewu. Wiatr rozpostarł ogromne sztandary z wizerunkiem białego konia na zielonym tle. Kołpaki białych koni kawalerii były zielone jak sztandary – konie pięknie szły.

– Więc nie wiesz o co chodzi?
– Nie wiem.

Podszedł do barku, wyjął butelkę, zrobił sobie drinka. Gdy stał odwrócony do niej plecami zdjęła płaszcz i buty.

Białe konie trwały nieruchomo na wzgórzu ułożone w szpaler, z oddali wyglądały jak wstęga. Jeźdźcy, przygotowani na atak, trzymali je na wodzy.

-Trzeba było się jeszcze przed nim rozebrać.

Generał Złotych ruszył ze wzgórza ciężką konnicę. Czerwone sztandary z wymalowanymi na nich  złotymi smokami rozwijały się nad głowami rycerstwa. Galopowali w dół zbocza z bojowym okrzykiem tratując ziemię, rozpryskiwała się pod kopytami. Było ich tak wielu, że przypominali lawę, która wypływa z rozerwanego wybuchem wulkanu. Dowódca Zielonych nie mógł dłużej czekać, dał znak i białe konie pomknęły na spotkanie z falą staczającą się z przeciwnego wzgórza.

– Jesteś bezczelny.
– Już raz to zrobiłaś.

Ciężkozbrojna kawaleria Złotych klinem wdarła się w pierwsze szeregi Zielonych zabijając wielu. Biała sierść koni spłynęła krwią, ale te konie już sporo widziały i nie cofnęły się przed świszczącymi w powietrzu klingami złotych mieczy. Dowódca Zielonych wiedział jednak, że nie utrzymają się długo bez pomocy, czas był najwyższy, by rzucić do natarcia piechotę. Z zaskoczenia uderzyła w nieosłoniętą, prawą flankę wroga.

– Widocznie musiało w tym domu brakować mężczyzny.

Prawe skrzydło armii Złotych rozproszyło się nie spodziewając tak zdecydowanego ataku dobrze wyszkolonej piechoty. Kapitanowie szybko jednak przeformułowali szyki wiedząc, że Generał nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

– Wybacz, ale ktoś w tym domu musi zarabiać na rodzinę.

Na wzgórzu pojawił się smok i Generał spuścił go z łańcucha, gotów ponieść straty we własnych siłach, by pokonać nieprzyjaciela. Smok szedł powoli, kołyszącym się krokiem wielkiego jaszczura, a ogień był forpocztą jego przejścia. Płomień siał zniszczenie nie tylko w oddziałach Zielonych, ale też we własnych i niejeden Złoty rycerz zginął od niego, bo nie zdołał umknąć na czas. Bestia rozszarpywała konie swymi potężnymi kłami i miażdżyła czaszki uderzeniami ogona zbliżając się do miejsca gdzie stał Dowódca Zielonych. To jego krew chciała poczuć na języku, gdyż bitwa bez wodza jest bitwą przegraną, a śmierć Dowódcy    byłaby dla Zielonych ostateczną klęską. Dowódca wyprostował się w siodle i poprawił ułożenie miecza w dłoni gotując się do swej ostatniej walki. Nagle ptasi krzyk zabrzmiał nad polem bitwy i Dowódca ujrzał nadlatujące orły, pochodzące z gór jego narodzin. Zazwyczaj latały wysoko nad szczytami, ale przybyły w chwili ostatecznej rozgrywki, by bronić tego, którego znały od dziecka.

– Zdaje się, że ostatnia twoja inwestycja nie była taka znowu trafiona, może to jednak ja powinnam się zająć zarabianiem na rodzinę.

Orły spadły na smoka i wbiły silne szpony w jego kark rozdzierając ciało. Strącił na ziemię dwa i połamał im karki jednym ciosem ogona, lecz jeszcze cztery atakowało go z powietrza zadając głębokie rany. Długo trwała bitwa pośród bitwy, aż w końcu leżało na ziemi rozszarpane cielsko smoka i ptaki o połamanych skrzydłach i martwych oczach. Wokół nich pełno było nieżywych ludzi i koni. Ogromnych spustoszeń zadały sobie obie armie, nie rozstrzygając niczego.

 – Tak, ty oczywiście wiedziałabyś lepiej – powiedział i odstawił pustą szklankę na stół.

Nie spojrzeli na siebie już więcej tego dnia. Było bardzo późno i w końcu chcieli położyć się spać, więc rozeszli się do dwóch różnych pokoi. Mieli dużo miejsca – dobre warunki, żeby się rozejść.

 


Zobacz więcej o: opowiadania


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.