5 filmów SF na sobotę

SF jest moim ulubionym gatunkiem filmowym, więc trudno ograniczyć mi wybór do 5 filmów. Przyjęłam zatem dwa kryteria: są dwa filmy, których naprawdę nie mogłam pominąć, mimo to, że znają je właściwie wszyscy. Poza tym prezentuję też filmy, które mogą być mniej znane, a z różnych względów uznałam je za warte zobaczenia.

Księżyc reżyseria Duncan Jones (2009 r.)

To film, który pomimo niewielkiego budżetu, udowadnia, że można stworzyć kawałek dobrego kina bez wielkich środków. Najważniejszy jest pomysł na ciekawą historię. Tutaj ten pomysł niewątpliwie jest, a historia została bardzo dobrze opowiedziana, za pomocą oszczędny środków. Jest to też dramat jednego aktora – tutaj rewelacyjna rola Sama Rockwella. Bohaterem filmu jest niejaki Sam Bell, stanowiący jednoosobową załogę zawiadującą pracami wydobywczymi na księżycu. Poznajemy go tuż pod koniec jego trzyletniego kontraktu, po którym ma szczęśliwie ruszyć na Ziemię, by połączyć się z rodziną. Zaczynają się jednak dziać rzeczy dziwne. Sam traci kontrolę na swoimi zmysłami, a jego system psychiczny sprawia wrażenie coraz bardziej rozregulowanego. Początkowo myślałam, że będzie to historia o człowieku, który zatraca się z powodu długiego odosobnienia i powoli osuwa w szaleństwo nim wywołane, jednak myliłam się. Dopiero po wypadku Sama, w którym ten niemalże ginie, okazuje się o co w tym wszystkim chodzi. Dowiadujemy się, że Sam nie jest jednak tak do końca odosobniony na swojej księżycowej stacji. Trzeba sporo talentu i warsztatu, żeby poprowadzić film w sposób tak dobry, że opowieść, która dzieje się w zamkniętej przestrzeni stacji nie nudziła i do końca intrygowała widza. Duncan Jones udowadnia, że można, aż po samo zakończenie.

Obcy, ósmy pasażer Nostromo reżysera Ridley Scott (1979 r.)

Absolutny klasyk. Oglądałam film niedawno i po raz kolejny stwierdzam, że doskonale wytrzymuje próbę czasu. Nawet efekty specjalne i scenografia dają radę. Sam główny zamysł filmu jest świetny w swojej prostocie. Dla mnie osobiście historia jest właśnie tak bardzo wciągająca, bo łatwo utożsamić się z jej bohaterami. Rzecz dzieje się w bardzo odległej przyszłości. Załoga statku towarowego, wracająca ze standardowego rejsu, znajduje się nagle w sytuacji nietypowej, taki pech. Po wybudzeniu z hibernacji okazuje się, że są w miejscu, w którym znaleźć się nie powinni, poza swoim systemem planetarnym. W dodatku ściągnął ich tam sygnał na tyle zorganizowany, że mają obowiązek zbadać jego pochodzenie. Nie mogą się wycofać, bo stracą całą wypłatę za wykonaną robotę. To są zwykli ludzie, jak załoga statku morskiego w naszych czasach na przykład. To nie są wojskowi, komandosi czy chociażby naukowcy. To Marek, Czesiek, Wiesiek, Mariola itp. – załoga czegoś w rodzaju kosmicznego TIRa. Zmuszeni zostają do wylądowania na kawałku skały i sprawdzenia, jakie jest źródło sygnału, którym może być dokładnie wszystko. „Obcy” jest głównie zapamiętany z uwagi na sylwetkę głównego bohatera – ósmego pasażera Nostromo, ale jest to również naprawdę doskonały dramat psychologiczny. Scena, w której Ripley musi dokonać wyboru – czy postąpić zgodnie z regulaminem i nie otwierać drzwi, czy wpuścić do środka kolegów, z których jeden ma na twarzy obcą formę życia, to emocjonalne mistrzostwo świata. Niezapomniane słowa: „Open that God damn door” i opanowany głos Ripley w odpowiedzi. Otwarcie tych cholernych drzwi nie kończy się, jak wiemy, najlepiej. Nawet oglądany po raz dziesiąty „Obcy, ósmy pasażer Nostromo” trzyma w napięciu. Ponadto Sigourney Weaver w roli Ripley za każdym razem udowadnia, że można seksownie dzierżyć karabin. Pośród ekranowych kobiet z bronią, jest moim zdaniem jeszcze tylko jedna, która jej w tym dorównuje – Linda Hamilton w roli Sarah Connor w „Terminatorze 2”. Nie mogę też pominąć samego Obcego oczywiście. Gigerowski Alien to drapieżnik doskonały, z kwasem zamiast krwi, wytrzymałym pancerzem, zębami jak sztylety – prawdziwa maszyna do zabijania i mistrz przetrwania. Można śmiało powiedzieć, że twórcy filmu, wykreowali arcydzieło gatunku grozy. Wszystkie części „Obcego” warte są obejrzenia, jednak pierwsza, otwierająca serię jest moim zdaniem, wciąż nie do przebicia. Niestety Ridley Scott niedawno postanowił popełnić ”Prometeusza”, który jest poniżej poziomu cyklu, a przynajmniej trzech jego pierwszych części. Po prostu psychologiczna głębia postaci jest tak płaska w „Prometeuszu”, że mając nieuniknione porównanie do „Obcego” w głowie, ciężko ten film oglądać. Doprawdy w SF nie chodzi tylko o efekty specjalne.

Europa Raport reżyseria Sebastián Cordero (2013 r.)

„Europa raport” to kolejny jest film w zestawieniu, który udowadnia, że w SF nie chodzi o same efekty specjalne. Jeżeli chodzi komuś o efekty, to nie ten adres. „Europa raport” to film niskobudżetowy i to widać. Początkowo nawet mi to przeszkadzało, ale film okazał się tak wciągający, że przestałam zauważać lekkie braki i myśleć o tym jak cholernie dobrze wyglądałby ten film, gdyby producenci mieli trochę więcej kasy. Film prowadzony jest w konwencji filmu dokumentalnego. Komentarzem do akcji są relacje, czy jak wskazuje tytuł, raport, głównych organizatorów wyprawy na jeden z księżyców Jowisza – Europę. Podróż jest wielkim krokiem w historii ludzkości, mającym sprawdzić, czy dane pochodzące z sond bezzałogowych, zgodnie, z którymi pod lodem Europy mogą być obecne jednokomórkowe formy życia, są prawdziwe. Dużo jest w filmie znanych chwytów konstrukcyjnych, typu awaria komunikacji, zagadki typu – o coś chodzi, ale nie wiadomo o co, czy coś tam idzie źle i co z tego wynika itp. Film jednak opowiedziany jest w tak interesujący sposób, że cały czas zaskakuje i trzyma w napięciu. Zwroty akcji naprawdę są zupełnie nieprzewidywane, mimo że utrzymują się w typowej dla thrillera SF konwencji. Zakończenie natomiast jest naprawdę niezłe i stanowi świetne uwieńczenie fabuły.

Łowca androidów reżyseria Ridley Scott (1982 r.)

Drugi film w zestawieniu, którego po prostu nie mogę pominąć milczeniem. Rzadko zdarza się, że film jest lepszy niż książka, w tym jednak wypadku, w mojej opinii „Łowca androidów” jest lepszy niż „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, na podstawie której powstał film. Zresztą film jest bardzo swobodną adaptacją książki i eksploatuje wątki, które w powieści zostały zarysowane jedynie w sposób szczątkowy. Głównym tematem filmu jest kwestia człowieczeństwa maszyn myślących – androidów czy inaczej replikantów. W społeczeństwie przyszłości, replikanci, którzy uciekają od przeznaczonych im funkcji, mogą zostać zlikwidowani. Zajmują się tym łowcy androidów. Jeden z nich (Harrison Ford) ma za zadanie unieszkodliwić grupę, która uciekła z kolonii. Podczas śledztwa poznaje dziewczynę, która go fascynuje. Dziewczynę, która okazuje się również być maszyną, wyjątkową, bo w przeciwieństwie do innych, obdarzoną wspomnieniami. Nie sposób oglądając ten film, nie stawiać sobie pytań, o to co właściwie czyni nas ludźmi oraz o granice naszej kreacji. W poszukiwaniu swojego twórcy i w zadawanych mu pytaniach, replikanci są bardzo podobni do ludzi, właściwie identyczni. Scena, w której Racheal – android ze wspomnieniami pojawia się u Deckarta, który potencjalnie może stać się jej prześladowcą, jest tragiczna, pełna napięcia i w ostateczności, bardzo intymna. Rachel zadając pytanie: „Would you come after me? Would you?”. prowokuje swojego interlokutora do stawiania pytań, których chyba wcześniej sobie nie zadawał. A to tylko jedna z płaszczyzn, na których rozgrywa się dialog między nimi. Ponadto film ma niezwykły klimat. Świetnie zobrazowane, wielkie miasto w deszczu, zatłoczone, z neonami reklam, które staje się tłem pogoni za maszynami poszukującymi swojego kreatora. Mistrzowskie role, szczególnie Harrisona Forda i Rutgera Hauera, który gra przywódcę grupy androidów, powodują, że do filmu się powraca. Atmosferę tworzy również muzyka Vangelisa (świetna do autonomicznego słuchania, szczególnie jesienią, listopadowymi wieczorami, kiedy brzmi najlepiej), lekko sentymentalna, wzbogacona dialogami z filmu, które wplatają się w dźwięki, miękka i jednocześnie poruszająca. To film, którego się nie zapomina. Dlatego zachęcam wszystkich, którzy nie widzieli, żeby po niego sięgnąć, a tych, którzy widzieli, żeby do niego powrócić.

W stronę słońca reżyseria Danny Boyle (2007 r.)

Bardzo ciekawy film. Kolejny w moim zestawieniu, po „Raporcie Europa”, który bardzo dobrze wykorzystuje znane schematy kina SF. Akcja rozgrywa się w przyszłości, w której słońce zaczyna gasnąć. Pozbawiona zbawiennego ciepła swojej gwiazdy, ludzkość gaśnie razem z nim. Ratunkiem może być misja statku, który zaniesie do słońca i wystrzeli potężnej mocy ładunek nuklearny, co pozwoli na powtórne ożywienie gwiazdy. Grozy sytuacji dodaje to, że jest to druga misja tego rodzaju, a nie wiemy, co stało się z pierwszą oraz fakt, że to misja ostatniej szansy. To stawia załogę pod jeszcze większym ciężarem presji. Mamy zatem znany schemat – wyprawa do gwiazd i co może nas tam spotkać. Jest też seria błędów ludzkich, które wpływają na losy misji. Ciekawe jest obserwować cały ciąg okoliczności, które doprowadzają do katastrofy. Szczególnie dobrze rozpoznaje się te sekwencje przy drugim obejrzeniu filmu. Najpierw pomyłka w obliczeniach, potem błąd kapitana, który przerzuca decyzję na innego członka załogi i tak dalej, nie będę zdradzać całości fabuły. Psychologicznie film jest bardzo wiarygodny i tak naprawdę stanowi, w swym najgłębszym wymiarze, analizę ludzkiej natury. Obrazuje słabości wpisane w człowieczeństwo, niedoskonałość, skłonność do szaleństwa, ale też do poświęcenia i zwykłego ludzkiego dobra. Bardzo dobra jest też strona wizualna filmu. Pamiętam, że podczas seansu w kinie byłam zapatrzona w przepiękne obrazy kosmosu. W mojej opinii, jest to jeden z lepszych filmów gatunku. Jest w nim wszystko, czego wymagamy od thrillerów – napięcie, akcja, zaskoczenie, ale też dużo więcej. Najbardziej charakterystycznym, dla mnie obrazem tego filmu jest sylwetka człowieka na tle wielkiej, ognistej tarczy słońca. Polecam.

 



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.