Jak bardzo jesteśmy uzależnieni od rzeczy?

Z okazji przeprowadzki, którą odbywaliśmy w tym tygodniu, przyszło mi do głowy pytanie – jak bardzo jesteśmy uzależnieni od rzeczy? Ilość przedmiotów, które musieliśmy przewieźć do nowego mieszkania, okazała się masakryczna, a są nas tylko dwie sztuki. Obrastamy przedmiotami. Gromadzą się wokół nas w ogromne stosy. Zazwyczaj tych stosów nie widać. Poupychane w szafach znikają z naszych oczu i dopiero, kiedy trzeba je przetransportować, odkrywamy ile tego wszystkiego jest. Czy naprawdę wszystko jest nam potrzebne?

Przypominam sobie taki wątek z filmu „Labirynt” w reżyserii Jima Hensona. Bohaterka filmu, nastoletnia dziewczyna, musi zostać ze swoim młodszym bratem i przypilnować go wieczorem pod nieobecność rodziców. Jest zirytowana tym zobowiązaniem. Dodatkowo w pewnym momencie odkrywa, że dziecko zabrało jej ulubionego misia, do którego była bardzo przywiązana. Wypowiada wtedy życzenie, zgodnie z którym malca może sobie wziąć król goblinów. Tak też się dzieje. Żeby odzyskać chłopca, dziewczyna musi przejść przez labirynt prowadzący do grodu władcy goblinów. Podczas swojej podróży, w pewnej chwili, ma możliwość powrotu do domu. Znajduje się znowu w swoim pokoju. Odzyskuje drogocennego misia i inne rzeczy. Cieszy się nimi. Zaczyna je zbierać. W końcu otacza ją coraz większa i większa góra przedmiotów, która łamie ściany domu. Dziewczyna znajduje się na środku śmietniska przedmiotów, razem ze swoimi rzeczami. Spotyka tam dziwną staruszkę, która ma na plecach stelaż, na którym piętrzą się przedmioty. Nosi je ze sobą wszędzie, jest w nie zapatrzona, nie może przestać o nich myśleć i mamrocze pod nosem swoistą litanię do nich. Jest to symboliczna wizja przyszłości dziewczyny, jeżeli ta nie uwolni się od władzy otaczających ją rzeczy. Tak, z przedmiotami trzeba uważać, żeby nie przytłoczyła nas nadmierna ich ilość. Co jednak ważniejsze – należy uważać, żeby nas nie zdominowały, bo wtedy okazuje się, że to one posiadają nas, a nie odwrotnie.

Nie znaczy to jednak, że musimy wieść życie anachoretów na pustyni. Wyrzucić nasze wszystkie ulubione rzeczy za okno i potępić w czambuł całą koncepcję posiadania. Nie sądzę, żeby o to chodziło. Możemy lubić swojego misia i inne przedmioty, o ile nie przesłaniają nam one całego świata i nie łamiemy się pod ich ciężarem. Nie ma nic zdrożnego w cieszeniu się nowym telefonem z wieloma miłymi funkcjami, dopóki w razie pożaru najpierw ratujesz kota, potem dopiero telefon. Właściwe określenie priorytetów. Znam historię o tym jak jakiś pan potrącił człowieka na rowerze (niezbyt poważnie, ale jednak) i nawet nie zapytał czy coś mu się stało, bo był zbyt zajęty oglądaniem samochodu. O takich kwestiach myślę, kiedy mówię, że trzeba zachować właściwe priorytety. Ważniejsze jest samo dziecko niż najpiękniejszy nawet miś dla dziecka. Zatem odpowiadając na ważkie, postawione dawno temu pytanie – mieć czy być, deklaruję się po stronie być. Nie oznacza to jednak, że wykluczam mieć. Wszystko jest dla ludzi. Można cieszyć się przedmiotami wiedząc, że nie są najważniejsze, szczególnie przy świadomości, że:

Był sobie pewnego razu kupiec tak bogaty, że mógł całą ulicę i jeszcze jedną małą uliczkę wybrukować srebrzystymi pieniędzmi. Ale nie czynił tego, gdyż z pieniędzy swych robił inny użytek; wydawał szylinga a dostawał z powrotem talara. Taki to był sprytny kupiec. W końcu jednak umarł.
Latający kufer, H. Ch. Andersen

A może nawet:

I dopiero gdy,
zawoła Bóg to
pożegnam wszystkie te rzeczy i znów:
Pójdę boso, pójdę boso,…
Zakopower, Boso

Teraz jednak jest teraz i po przeprowadzce, poczułam się u siebie w domu, dopiero wtedy, kiedy przedmioty zostały poukładane i znalazły swoje nowe miejsca. Odkryłam, że nie potrafiłabym nazwać danego mieszania domem, jeżeli nie byłoby tam moich przedmiotów. Szczególne znaczenie mają dla mnie książki. Lubię ustawiać je tematycznie i kolorystycznie tak, żeby dobrze komponowały się w przestrzeni. Potem siadam w fotelu i z satysfakcją przyglądam się otoczeniu, popijając herbatę w jednej z ulubionych filiżanek. Kubki i filiżanki – to też moi dobrzy znajomi – nośniki ciepła. Znam kształt i ciężar każdego z nich, dopasowany do dłoni. Lubię lampę na stole, o lekko rustykalnym charakterze i shishę obok niej. Czule spoglądam na poduszkę, która przeprowadza się ze mną do kolejnego mieszkania i pamięta wszystkie moje stare dzieje. Dobrze wyglądają na blacie w kuchni, rozkosznie użyteczne sprzęty kuchenne. Lubię wygodnie urządzone domy i nie będę biczować się makaronem, za to, że ładne przedmioty są dla mnie przyjemnością. Warto je zauważyć i docenić, że są, ponieważ kształtują estetykę przestrzeni. Estetyka przestrzeni za to, według mnie, sprzyja też dobremu samopoczuciu. Bliskie są mi wzorce Dalekiego Wschodu w tej kwestii. O tym jednak może innym razem. Tymczasem, dobry fotel też nie jest zły i przyjemnie się w nim pobujać.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.