Jeżeli w związku zamierzasz „skupiać się na sobie” to lepiej w ogóle sobie daruj

Jedna z moich ulubionych porad serwowanych ludziom podczas kryzysu w związku to „skup się na sobie”, „zajmij sobą”, „rozwijaj swoje pasje” i tym podobne. Paradoks tego stwierdzenia polega jednak na tym, że w naszych nowych, wspaniałych czasach ludzie są już zazwyczaj wystarczająco skoncentrowani na sobie i krok dalej niejednokrotnie oznacza już kompletne zapadnięcie się w studnię samego siebie. Oczywiście może się wydawać, że ludzie ci, analizujący swój związek albo partnera bezustannie, zapominają o sobie samych i poświęcają uwagę wyłącznie temu innemu. Jest to jednak złudzenie. Zazwyczaj bowiem cała ta nadmierna koncentracja uwagi odbywa się w odniesieniu do „ja”. W relacjach obsesyjnych czy problematycznych partner nie jest traktowany jako oddzielna istota, lecz wyłącznie jako strona w uwikłaniu. Godziny poświęconych mu myśli to de facto godziny spędzone na tym jak „ja” się czuje, na tym co „ja” ma zrobić w tej sytuacji, na tym, że „ja” cierpi bo on/ona nie jest wystarczająco dobry, a nie na partnerze w relacji. Obecnie znacznie poważniejszym problemem jest

Brak umiejętności postawienia się w sytuacji drugiej strony

Terapia par kończy się sukcesem wtedy gdy prowadzącemu uda się pokazać obojgu partnerów siebie nawzajem. Niestety wymaga to przekroczenia ego i poświęcenia autentycznej uwagi drugiej osobie. Mam tutaj na myśli prawdziwe rozpoznanie tej osoby – jej potrzeb, marzeń i dziwactw, a nie koncentrację na wyobrażeniach na jej temat. Żaden związek nie przetrwa bez podjęcia próby zrozumienia partnera i otwartości na dostosowanie się do niego. Nawet największa miłość, która rozpoczęła fajerwerkami żądzy nie przetrwa jeżeli partnerzy będą uporczywie ignorowali swoje potrzeby. Na przykład: ona jest pedantyczna i źle się czuję w zabałaganionym mieszkaniu, a on nie przywiązuje do tego wagi bo jemu nie przeszkadzają skarpetki zostawione gdzie bądź. Jeżeli jego postawa w tej sytuacji będzie sprowadzała się do stwierdzenia, że ona się czepia i w ogóle ma coś nie po kolei w głowie, to z całą pewnością te nieszczęsne skarpetki będą ciągła przyczyną konfliktów i w końcu relacja zacznie funkcjonować tylko dookoła tego problemu. Z drugiej strony jeżeli jej pedanteria będzie skazywała go na stałe latanie ze szmatą i kłótnie bo krzywo odłożył talerzyk – on też w końcu zacznie tracić cierpliwość. W efekcie oboje przestaną czerpać przyjemność z tej relacji. Stąd już prosta droga do rozstania. Niestety żeby związek mógł funkcjonować obie jego strony czasami muszą z czegoś zrezygnować. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że

Kultura konsumpcjonizmu nie sprzyja relacjom

„Brawo ja” wydaje się być mottem współczesnej cywilizacji. Związki to też bardziej „ja+” niż „my”. Przede wszystkim ja się muszę rozwijać i mi ma być wygodnie, a druga osoba powinna się w to wpisywać. Tymczasem perspektywa „my” to jest dobrostan dwóch osób, podczas gdy perspektywa „ja+” to mój dobrostan + ta druga osoba. Trudno funkcjonować jako „my” gdy samozadowolenie własnej dupy jest właściwie religią naszych czasów. Bolesna prawda jest taka, że stworzenie związku na lata wymaga często rezygnacji z własnej wygody, a czasami nawet, olaboga!, poświęcenia. Może i chętnie oglądałabyś wyłącznie romanse i ballady, ale czasem trzeba jednak włączyć i strzelankę, bo on tych ballad i romansów może już mieć szczerze dość. Może i wolałbyś spędzać popołudnia tylko na siłowni albo z kolegami, ale ona czuje się samotna w mieszkaniu, w którym nie ma do kogo buzi otworzyć. Brak zrozumienia dla drugiej strony i lekceważenie jej potrzeb zawsze będzie prowadzić do oddalenia i w efekcie rozstania, mimo tego, że przecież nikt nie zakładał takiego scenariusza. Właściwie obecnie

Relacje wymagają więcej pracy niż kiedykolwiek wcześniej

Jeszcze w pokoleniu moich rodziców rozwód nie należał do dobrego tonu, był czymś wstydliwym, czymś czego się nie robi. Obecnie jest tak powszechnym zjawiskiem, że nikogo już nie dziwi kiedy kolejni znajomi oznajmiają, że u nich też się wypaliło*. W związkach nie trzymają nas już zatem normy społeczne i może to lepiej, bo też nie warto męczyć się w relacji na siłę. Oznacza to jednak, że nasza odpowiedzialność za relację jest teraz znacznie większa. Kiedyś dużo ułatwiał przyjęty podział ról, wystarczające było mniej więcej wpisywanie się w oczekiwania. Teraz budujemy relacje sami określając swoje w niej miejsca. Wymaga to znacznie więcej wysiłku, oczekiwania też są znacznie większe. Koncentracja wokół „ja” dotyczy obu stron relacji więc jeszcze trudniej jest się spotkać i wypracować wspólnotowy kompromis. A niestety bycie razem tego właśnie wymaga. Jeżeli w związku „skupisz się na sobie” bez uwzględniania drugiej strony w wystarczającym stopniu, efekty nie będą dla relacji najlepsze. Stworzenie dobrego „my” wymaga zadbania nie tylko o siebie, ale też o swojego partnera.


* Zawsze się wypala, ale to już temat na inny tekst


Zobacz więcej o: psychologia


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.