Aquaman – eksplozja mocy

Ostatni raz w świecie podwodnym bawiłam się tak wspaniale na „Podróżach Pana Kleksa” – superprodukcji czasów realnego socjalizmu. Z tym, że wtedy miałam siedem lat, a efekty specjalne i kostiumy w tym filmie powodowały, że moje nieobciążone doświadczeniem oczy, z zachwytem patrzyły na wszystko co tam się dzieje. Podobny stan osiągnęłam oglądając „Aquamana”, a chyba właśnie tego poszukujemy, kiedy wybieramy się do kina na blockbustery. Nie zawaham się tego powiedzieć: to jest najlepszy blockbuster tego roku.

Film jest przepiękny wizualnie

Świat podwodny daje ogromne możliwości tworzenia niezwykłych ujęć i twórcy filmu niewątpliwie to wykorzystali. Sceny walki pod wodą robią ogromne wrażenie, a wizja państwa Atlantów to prawdziwa feeria wyobraźni. Wszystko skrzy się świetlistymi kolorami, uwodząc zmysły. „Aquaman” to barokowa wizualizacja kipiąca od przepychu. To wszystko wspaniale balansuje na granicy kiczu. W całości jest radosne i stanowi triumf fantazji, która chełpi się sama sobą. Mam wrażenie, że scenariusz i cała akcja to tylko pretekst do stworzenia ruchomego obrazu, który jest tutaj najważniejszy i stanowi główny cel tej produkcji. Może sztuki wizualne w naszych czasach uprawia się niejako przy okazji tworzenia filmów. Filmy o superbohaterach dodatkowo są wdzięcznym polem kreacji, dzięki prostym ramom konstrukcyjnym scenariusza i wysokiemu budżetowi. Działa to trochę na zasadzie – opowiadam prostą historię z przygodami, dzięki czemu mogę sobie namalować odpowiednik Kaplicy Sykstyńskiej, bajecznego „Aquamana” w palecie turkusowo – niebieskiej. Do tego wschody i zachody słońca i bezkresny ocean. Z kiczem obchodzą się tutaj wyśmienicie. Ostatnio tak dobrze pod tym względem było w „Thor. Ragnarok”. „Aquaman” ma ambicję mieć podobnie lekkie i inteligentne poczucie humoru, ale tutaj trochę mu brakuje. Gdyby dodać parę iskrzących się ironią dialogów byłoby lepiej, ale cóż – nie można mieć wszystkiego. Myślę, że głównym celem tej produkcji było wykreowanie nowego, potężnego superbohatera, który pociągnie jeszcze parę filmów. W tym zakresie na pewno się udało i wszyscy chcemy:

Więcej Aquamana

Ta postać ma potencjał na miarę Iron Mana. W dodatku Jason Momoa należy do aktorów, których trudno nie lubić. Trochę taki złoty chłopak, który i koło pomoże zmienić, i piwa się napije. Generalnie lubimy go. Tę samą zdolność posiada Dwayne „The Rock” Johnson. Nie sposób wyobrazić sobie innego aktora w roli boga oceanu. Jason Momoa urodził się po to, by zagrać Aquamana. Historia przemiany jego postaci w superbohatera jest sztampowa i nie zaskakuje, ale nie ma to znaczenia. To co ma znaczenie – to sama konstrukcja mitu wykorzystywana w opowieściach o superbohaterach. Superbohater nie jest superbohaterem od początku. Staje się nim pokonując przeciwności losu, najczęściej oczywiście w walce, dojrzewając przy tym do swojej roli. To klasyczny schemat nordyckiej sagi, ale właściwie też każdej opowieści bohaterskiej. Lubimy naszych superbohaterów i możemy się z nimi utożsamiać, bardziej przez wzgląd na ich słabości niż na ich moce. Aquamen nie tylko szkoli się do zwycięstwa w walce, zmienia się także jego postawa moralna. Królem zostaje zaś, dopiero gdy nabywa pokory. To jest mit znany ludzkości od tysiącleci. Superbohaterowie są wzorowani na pogańskich bogach. Ich popularność w kinie, napędzana wysoką oglądalnością, wygląda już niemalże jak zaspokajanie zbiorowej tęsknoty za obcowaniem z jakąś formą sacrum. W tym przypadku mamy jeszcze dodatkowo potężny mit sprawiedliwego władcy. Całe poszukiwanie magicznego trójzębu to przecież kolejna odsłona legendy arturiańskiej. Tylko prawdziwy władca może dzierżyć ten oręż, tak jak tylko królewska ręka mogła wyjąć Ekskalibur ze skały. Ten film już zarobił ogromne pieniądze, a zarobi jeszcze więcej. Mało co obecnie może trafić równie celnie w zbiorową podświadomość jak mit dobrego władcy. Świat zachodu przechodzi obecnie oczywisty kryzys przywództwa. Wszyscy tęsknimy za dobrym królem, który nas ocali. W tym przypadku potrzeba nam ocalenia przed nami samymi. Nieprzypadkowo centralnym tematem „Aquamana” jest

Katastrofa ekologiczna

To ludzie żyjący na powierzchni powodują gniew oceanu. Scena, w które ocean „oddaje” wszystkie śmieci z powrotem, jest naprawdę mocna. Jestem prawie pewna, że w niezbadanych głębinach nie żyją żadni Atlanci, co nie znaczy, że nie będziemy mieli do czynienia z podobnym scenariuszem. Przyroda zaczyna już przecież wystawiać nam rachunki za brutalne i bezmyślne eksploatowanie jej. Może tylko cieszyć, że problem zanieczyszczenia oceanów jest obecny w produkcji, która będzie oglądana masowo. Konstrukcja mitu będzie mocniej wybrzmiewać, wpisana w rzeczywistość obecną, taką jaką ona jest. Wart zastanowienia jest filmowy przekaz, który wskazuje że w ostatecznym rozrachunku to nie ocean potrzebuje ratunku, lecz gatunek ludzki. Nasza dominacja może być kosztownym złudzeniem.

Przy okazji blockbusterów zawsze właściwie wylewane są żale, że scenariusz zgrzyta, i brakuje głębi, i naprawdę mogłoby być lepiej. Tak jest też w przypadku „Aquamana”. Tymczasem ten film porusza parę istotnych tematów, które mogą być podstawą do stworzenia osi fabularnych kolejnych filmów (bo myślę, że będą kolejne), w bardzo interesujący sposób. Wątek ekologiczny nie jest jedyny. Wartość pokory, wybaczenie i pojednanie, znaczenie pierwiastka kobiecego. To są ciekawe wątki, które można byłoby kontynuować z powodzeniem. Moim zdaniem stwierdzenie, że „Aquaman” jest filmem miałkim i widowiskiem jedynie wizualnym, nie byłoby sprawiedliwą oceną tego filmu. Wbrew, z tego co widzę, raczej dominującym opiniom, uważam, że role żeńskie są niezłą stroną tego filmu. Bardzo podoba mi się wyraźne powielanie schematu rodzinnego przez Aquamana, odbieram ten zabieg jako zabawny. Aquaman wiąże się ostatecznie z kobietą silną, odgrywając na nowo historię swojego ojca (jakie to prawdziwe). Dodam, że de facto, to kobiety kształtują tę historię, wykazując się zaradnością, ogromną determinacją i poświęceniem. To nie jest już jedynie męski świat. Wyraźnie pierwiastek kobiecy, tradycyjnie kojarzony z tym co miękki, koncyliacyjne, dążące do zgody, zapobiega wojnie. Pełni on istotną rolę w tym filmie również ze względu na figurę matki, która kształtuje obu adwersarzy: Aquamana i jego przyrodniego brata Orma. Każdy z nich z tego powodu zmaga się z wewnętrznym konfliktem. Tym bardziej jest to ciekawe, że mimo różnic, kluczową kwestią dla obu postaci jest utrata matki. To co dzieje się w przestrzeni między nimi staje się dzięki temu jeszcze bardziej interesujące, i jak dla mnie wykracza poza ramy tradycyjnej superbohaterskiej napieprzanki. Daje też nadzieję na ciekawe rozwinięcie wątku w przyszłości. Dodatkowo Patrick Wilson jest świetny w roli króla Orma. To jest naprawdę porządna kreacja dramatyczna, a Orm ostatecznie zyskuje wymiar postaci tragicznej. I wisienką na torcie jest to, że Wilson przypomina wyglądem Sama J. Jonesa w roli Flasha Gordona, a niektóre jego rajdy na rybach są, jeżeli chodzi o ujęcia, niemalże kalką scen, z Flashem na skuterze, co jest przezabawne. Oba filmy w dodatku bawią się konwencją kiczu, tym bardziej jest to smakowite.

Konkudując

„Aquaman” jest obowiązkową pozycją do obejrzenia w kinie. To produkcja operowa i rozbuchana do rozmiarów eksplozji atomowej. Tak dużo się tam dzieje, że z przyjemnością obejrzę ją jeszcze raz. I jeszcze raz. „Aquaman” zdecydowanie trafia na moją żelazną listę filmów wielokrotnego oglądania. Taki jest fajny i kolorowy.


Zobacz więcej o: fantasy, filmy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.