„Zabójcze maszyny” czyli świetna rozrywka

Jeżeli masz ochotę zobaczyć łatwą w odbiorze, dobrze zrobioną superprodukcję, a znudziły ci się już filmy ze stajni Marvela czy DC, to wybierz się do kina na „Zabójcze maszyny”. Nie rozczarujesz się. 

Co ciekawe, ten film jest obok wszystkiego co znamy z przygodowego kina akcji, a jednocześnie czerpie z niego pełnymi garściami. Postapokaliptyczny świat tym razem otrzymujemy w wersji steampunkowej. Szczęśliwie jednak nie jest to steampunk przerysowany, lecz zachowuje rozsądne proporcje jeżeli chodzi o warstwę stylistyczną. Miasta – maszyny utrzymane są oczywiście w konwencji nawiązującej do XIX w., co daje spektakularny efekt. Poruszający się dzięki wielkim silnikom Londyn, to niesamowite zjawisko. Film warto zobaczyć dla samej sceny pościgu, w której Londyn ugania się za małym, bawarskim miasteczkiem górniczym. Wszystkim, którym podobał się „Pacific Rim” (oczywiście część pierwsza, bo jeżeli chodzi o popłuczyny po tym filmie, należałoby spuścić kurtynę milczenia), będą zadowoleni, przynajmniej jeżeli chodzi o warstwę efektów specjalnych. Przekształcenia miast przypominają najlepsze sceny z „Transformers” z czasów Michaela Bay’a. Bardzo dobrze to wygląda w kinie. Zapewniam, że warstwa wizualna jest spektakularna. Warstwa fabularna natomiast, mimo wykorzystania klisz kulturowych, z których chętnie czerpie, jest ciekawa z dwóch powodów:

Nowa cywilizacja 

Ideologiczną osią filmu jest zderzenie pomiędzy różnymi filozofami. Dzieje się ono na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony tradycyjna wizja darwinowskiej walki większych z mniejszymi, w której to wielkie aglomeracje pożerają (dosłownie) mniejsze skupiska miejskie, zaczyna tracić rację bytu z powodu wyczerpywania się zasobów. Z drugiej strony mamy alternatywny styl życia, wyznawany przez populację ludzi osiadłych w jednym miejscu, który ma się opierać na harmonijnym współistnieniu. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy filmu kokietują rynek chiński wplatając tę historię w konkurencję między filozofią zachodu opartą na konsumpcji, a uroczą wizją wschodu typu peace & love. Jest to oczywiście nieco naiwne i do bólu przewidywalne, co dodatkowo podkreśla wykorzystanie znanych i lubianych wzorców rodem z Gwiezdnych Wojen w rodzaju Imperium kontra Rebelia. I oczywiście wszyscy rebelianci przypadkowo są piękni i przystojni, i wspaniale wkomponowują się w atrakcyjną wizualnie obrazowość filmu. Generalnie ładni ludzie w świetnych kostiumach biegają po znakomitych stylistycznie wnętrzach. Normalnie cud, miód i malina. Jutrzenka nowego, lepszego świata świeci nad planetą. 

Implikacje dla jednostki 

Historia jest interesująca wtedy kiedy przedstawia się ją z punktu widzenia jednostek. Wszystkie filmy przygodowe osadzone w światach alternatywnych dobrze znają tę prawdę. Co interesujące, jeżeli chodzi o „Zabójcze maszyny”, postaci drugoplanowe są ciekawsze niż te główne. Podobnie najciekawszym wątkiem z punktu widzenia ukazania relacji jest również wątek drugoplanowy czyli relacja Shrike i Hester Show. To chyba jedyna w miarę oryginalna opowieść w tym filmie, dlatego nie będę spoilerować. Mówię tylko, że warto zwrócić na nią uwagę. Cała reszta to mniej lub bardziej udane kalki, ale jeżeli przymknąć oko na przewidywalność rozwoju wzajemnych stosunków, to bohaterowi dają się lubić. Zresztą twórcy produkcji nie ukrywają, że ich głównym celem były efekty specjalne, a nie nominacje do oscarów za role dramatyczne. W obsadzie nie ma właściwie wielkich gwiazd, które przyciągnęłyby uwagę widza. Najbardziej znany jest oczywiście Hugo Weaving, prezentujący jak zwykle przyzwoity poziom, jako Thaddeus Valentine. Dodam, że wygląda w tym filmie chyba najlepiej w swojej karierze. Jak już wspominałam „Zabójcze maszyny” to prawdziwa galeria ładnych ludzi. Jak na świat po apokalipsie, wypada pozazdrościć rewelacyjnych stylistów i projektantów mody. Po prostu taka bajka i właściwie niewiele więcej. Naiwnością jednak byłoby oczekiwać wiele więcej od maszynki do zarabiania pieniędzy. 

Generalnie należy uznać „Zabójcze maszyny” za produkcję udaną. Szkoda jedynie, że temat dawał możliwość na znacznie bardziej pogłębioną wizję, coś co wykracza poza bajkową opowieść w świecie przyszłości. Najwyraźniej jednak producenci nie mieli takich ambicji. Chociaż dobry, przygodowy film odegrany na zasadzie piosenki, którą lubię bo znam, został bardzo przyzwoicie wykonany. I tego się trzymajmy. 


Zobacz więcej o: fantasy, filmy, Peter Jackson, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.