Scenarzysta czyli zawód niedoceniany

Nigdy nie myślałam, że zacznę oglądać program o samochodach. Zdarzyło się jednak tak, że zmęczona po podróży trafiłam w telewizji na „Top Gear USA”. Nie tak dawno przetoczyła się wokół „Top Gear” awantura o Clarksona, który z tego programu wypączkował na międzynarodową gwiazdę. Stwierdziłam zatem, że sprawdzę o co z tym całym „Top Gear” chodzi. I wpadłam. „Top Gear USA” zaintrygował mnie, zaskoczył i rozbawił. A jest to przecież edycja bez osławionego Clarksona.

Ten program ma po prostu znakomity scenariusz

Scenariusz odcinka opiera się na prostym pomyśle – wysłać trzech kolesi w jakieś miejsce żeby testowali auta, wymyślić im klika dziwacznych zadań i sfilmować co się będzie działo. Oczywiście wskazane jest by osoby, które biorą udział w tym przedstawieniu miały pojęcie o samochodach oraz wyraziste osobowości. Pośród 6 miliardów ludzi na tej planecie naprawdę można dobrać obsadę zbliżonej jakości. Ważniejszy jest koncept tej zabawy i myślę, że „Top Gear” bez dotychczasowej ekipy ma naprawdę szansę pojechać dalej. Chociaż po obejrzeniu starego „Top Gear” muszę powiedzieć, że producenci będą musieli się trochę nagimnastykować żeby znaleźć tak inteligentnych prowadzących.

Nikt nie głaszcze po głowie scenarzysty

W przypadku „Top Gear” gwiazdami stali się prowadzący program. W przypadku filmów największe oklaski zbiera reżyser, ewentualnie aktorzy. Jest coś takiego jak Oscar za scenariusz, ale czy ktoś naprawdę zwraca na niego uwagę? Nawet nagrody za zdjęcia i muzykę są jakoś bardziej zauważalne. A scenarzysta, który wymyślił całość tego dzieła, biedny miś, zawsze jakby trochę z boku. A to przecież na jego pomyśle opiera się wszystko co widzimy na ekranie. Reżyser realizuje pewną wizję i trudno zaprzeczyć, że ma to duże znaczenie. Jednak autorem całej fabuły jest autor scenariusza (chyba, że rozpisuje cudzy pomysł, ale to już inna bajka). Bez niego po prostu nie byłoby czego oglądać.

Jeden odcinek  „Top Gear USA” przez przypadek zmienił mój sposób patrzenia na produkcję filmową i zamierzam teraz zwracać większą uwagę na autorów pomysłów, na których opiera się powodzenie filmowego przedsięwzięcia. Jak się okazuje awantury i skandale miewają czasem pozytywny skutek. To przecież afera z Clarksonem spowodowała, że zaczęłam oglądać „Top Gear”.

Polecam bo to kawałek dobrej rozrywki, nawet dla takich samochodowych ignorantów jak ja.


Zobacz więcej o: recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.