True detective 2 – pierwsze wrażenia

Oczywiście czekałam na ten serial. „True detective” jest dla mnie najlepszym serialem ostatnich lat. Od pierwszego odcinka wbił mnie w fotel i zahipnotyzował. Oglądaliśmy z prywatnym mężczyzną cały sezon po dwa odcinki każdego wieczoru. Czekaliśmy na kolejny. Nie mogliśmy przestać. Żałowaliśmy, że się skończył. Ostatni odcinek zapadł we mnie głęboko. Teraz „True detective” reaktywacja. Poprzeczka została powieszona cholernie wysoko.

Ten serial cierpi przez porównanie ze swoim poprzednikiem

Szczęśliwszy jest ten, który nie porównuje. Jednak nie da się tego do końca tego uniknąć. W przypadku „True detecitive 2” to coś jak syndrom dziecka sławnego ojca czy człowieka sukcesu. Dziecko też daje sobie radę, stara się, realizuje plany, jednak czujesz w każdym kroku, w każdym oddechu, że próbuje dorównać. Może dlatego „True detecitve 2” oceniany jest gorzej niż pierwszy sezon. A może nie. Trudno sądzić po pierwszym odcinku. Pewne jest jedno – twórcy zdają sobie sprawę z problemu wysokiej poprzeczki i nieuniknionych porównań do poprzednika.

Odniesienia do pierwszego sezonu

W sposób oczywisty czołówka stanowi estetyczną kontynuację intro pierwszego sezonu i jest to zabieg zamierzony, który ma nam powiedzieć – to te same danie, ta sama restauracja, tu otrzymasz towar wysokiej jakości. Obsadzenie w jednej z głównych ról i to w roli przestępcy, aktora znanego z filmów typu romantyczne komedie czyli Vinca Vaughn jest nawiązaniem do roli Matthew McConaughey’a. Niestety nie da się po raz drugi stworzyć takiego efektu zaskoczenia z jakim mieliśmy do czynienia w pierwszej części. Nie wiem czy ktokolwiek, a już na pewno nie ja, spodziewał się, że aktor z romansów jest w stanie zagrać w taki sposób i stworzyć pełnokrwistą i złożoną rolę dramatyczną jak McConaughey w „True detective”. I to waliło po oczach. Jak na razie nie spodziewam się aż tak spektakularnych osiągnięć po panie Vaughn.

Tym razem zresztą nie otrzymamy intymnego dialogu dwóch osobowości, który zapewnił nam mistrzowski duet McConaughey – Harelsson. Przełamanie konwencji ma zapewnić widzowi nutę nowości i przekonanie, że serial wciąż jest nowatorski. Mamy zatem aktorski trójkąt: Taylor Kitsch jako Paul Woodrugh – przedstawiciel California Highway Patrol (na motorze), Rachel McAdams – Ani Bezzerides czyli Ventura County Sheriff’s detective i Collin Farrel – jako Ray Velcoro detektyw City of Vinci, L.A. County (Velcoro – jak to brzmi, to im się, cholera, udało). Z tego co widzę – wszyscy mają problemy i wszyscy starają się być sprawiedliwi. To tak jak w pierwszej części, tylko jednak jakby inaczej jest przedstawione. Różnica polega na tym, że sezon pierwszy podawał to mniej ostentacyjnie i stopniował odsłanianie się bohaterów z ich popieprzeniem. Na początku zdradzały to tylko twarze. Nic więcej nie było potrzebne żebyśmy mogli się domyślać. W tym przypadku wiemy od razu. I to nie jest zaleta ponieważ jednym z największych atutów „True detective” było stopniowanie klimatu. Na pocieszenie powiem, ze postaci w 2 są dobrze zagrane, bo wciąż jest to serial na bardzo dobrym poziomie. Muszę też przyznać, że Colin Farrel świetnie odnajduje się w roli pijaka, którego agresja często bywa nieadekwatna do sytuacji (delikatnie rzecz ujmując). Te charaktery mają też potencjał więc chętnie dowiem się co dalej.

Postaram się nie porównywać będę szczęśliwszym człowiekiem

Z takim mottem będę oglądać „True detective 2”. Wyjdę z mrocznych bagien Luizjany i spojrzę z otwartością na ten serial. Intryga wygląda obiecująco. Są świetne zdjęcia, co jest dla mnie osobiście niezwykle ważnym elementem filmu. Szczególnie podobają mi się ujęcia autostrad. Mam wrażenie, że serpentyny tych ulic mają nadać symboliczny wymiar i sygnalizować złożoność akcji, a lubię takie gierki. W muzyce jest tym razem więcej jazzu niż bluesa, jazzu z bębnami wybijającymi rytm agresji, rytm miasta, rytm tego filmu. Są partie, które budzą silne skojarzenia z „Mullholand drive” i mam szczerą nadzieję, że są one zamierzone i serial pójdzie w tym kierunku. W końcu rzecz dzieje się w Los Angeles a „Mullholand drive” świetnie oddawał klimat Sunset Boulevard. Chciałabym żeby ten film zagłębił się bardziej w miasto bo to daje ogromne możliwości: „are you lucky little lady of the city of light or just another lost angel city of night” i te sprawy. Oczywiste, że w tym serialu spotkamy głównie zagubione anioły miasta nocy, które sprawią, że my sami będziemy się sobie wydawali mniej zagubieni (sic!). Postaram się jednak również nie mieć oczekiwań, co do większej obecności miasta w mieście. Oczekiwania również mają to do siebie, że często wypaczają obraz, który widzimy.

Generalnie nie jest źle. Będziemy oglądać dalej.

 



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.