Frodo Baggins

Szanse wyprawy Froda – źródła nadziei

Przeczytać tę książkę inaczej

Kiedyś czytałam „Władcę pierścieni”, zachwycając się głównie bogactwem języka, złożonością struktury i opisaną przygodą. Obecnie czytam tę książkę trochę inaczej. Zwracam większą uwagę na konstrukcję postaci (ujmując to bardziej bezpośrednio – na ludzi), na relacje między nimi i wartości, którymi się kierują. I okazuje się, że „Władca pierścieni” to opowieść o tym, co nazywamy życiem. Bardzo „życiowa” książka. Dzieje się dawno, dawno temu w krainie zamieszkanej przez elfy i orki, ale to de facto historia o nas. Bohaterowie przeżywają takie same dylematy, jakie są udziałem każdego z nas. To historia, która dzieje się od początku ludzkich dni aż po ich koniec.

Pierścień i związana z nim wyprawa drużyny to coś, co się przytrafia. Wyzwanie – tak ładnie teraz się nazywa coś, co można nazwać też cholernym problemem, zjawia się niespodziewanie. I trzeba sobie z nim poradzić. Jak to w życiu.

Pierścień władzy – co za wspaniały spadek

Frodo zostaje adoptowany przez swojego stryja Froda, który jest zamożnym, dobrze sytuowanym hobbitem. To daje mu stateczne, komfortowe życie. Bilbo opuszczając Shire czyni Froda spadkobiercą wszystkich swoich dóbr. Wszystkich, bez wyjątku. Również pewnego pierścienia, który Bilbo znajduje podczas swojej wielkiej przygody ze smokiem. Okazuje się, że ten pierścień ma innego właściciela. Tym właścicielem jest Sauron – władca Mordoru. O Mordorze słyszeli nawet hobbici w swoim kraiku ukrytym głęboko na krańcach świata. Samo wspomnienie nazwy Mordor, nawet w jasny dzień, powoduje, że ciarki chodzą po plecach. Dostać taki spadek, to gorzej niż dowiedzieć się, że majątek który przejąłeś jest obciążony długami na milion złotych. Chyba, że są to długi, które twój stryj zaciągnął u mafii. Taki właśnie spadek zostawił Bilbo swojemu siostrzeńcowi.

Bilba usprawiedliwia oczywiście to, że nie miał pojęcia, czym obarcza Froda. Kiedy odchodził z domu, wiadomo było tylko, że jest to pierścień magiczny. Nie wiedział przecież, że to najpotężniejszy z pierścieni – jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać, w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Czyli niezły pasztet

Trudno wyobrazić sobie gorszą sytuację niż sytuacja Froda. Został powiernikiem pierścienia i to jemu zostało przeznaczone zadanie zniszczenia go. Elrond podczas narady, gdy los pierścienia zostaje przesądzony, mówi, że jeżeli Frodowi się nie uda, to nie uda się nikomu. Takie zadanie zostało mu przeznaczone. I Frodo oczywiście, jak każdy normalny człowiek, zadaje sobie pytanie – dlaczego ja, dlaczego mnie to spotkało? Nie jest herosem, który biegnie ochoczo w podróż do Góry Przeznaczenia. Tęskni za spokojnym, sielskim życiem w Shire. Oczywiście mógłby się tego nie podjąć. Tylko, że nie jest to wyjście, tylko ucieczka od rzeczywistości. Chowanie się nic nie pomoże. Frodo musi wypełnić swoją drogę, choć nie chce na nią wkroczyć. Ile razy w ludzkich myślach brzmiało te pytanie – dlaczego mnie to spotkało?, dlaczego ja? Odpowiedzi na to pytanie nie widać ani na początku, ani w środku historii, dopiero koniec historii pokazuje, że często takie doświadczenia mają sens.

Kiedy Frodo odpoczywa  w Rivendell, Gandalf zadaje sobie pytanie kim stanie się Frodo pod koniec podróży. I odpowiada na nie przypuszczeniem, że Frodo „Stanie się dla tych, którzy umieją patrzeć, jak szklanka napełniona jasnym światłem.” I może o to właśnie chodzi w naszych podróżach i wyzwaniach, które rzuca nam los?

W każdym razie, hobbit z Shire wyrusza na wyprawę, której celem jest zniszczenie pierścienia władzy – wrzucenie go w ogień, w którym został stworzony, by ten go strawił. To oznacza przejście przez cały kontynent i to w dodatku z pościgiem na karku i podczas rozpoczynających się działań wojennych.

Niezła wyprawa, ale wcale nie skazana na porażkę, bo

to nieźli hobbici byli

Bilbo i Frodo oprócz tego, że byli przedstawicielami niezwykle wytrzymałej rasy o wielu pozytywnych cechach (piszę o hobbitach szerzej w tekście „Hobbici czyli radość życia”), to dodatkowo byli to hobbici wyjątkowi. Trzeba pamiętać, że Bilbo był  w Śródziemiu postacią typu chodząca legenda. Był jednym z członków wyprawy mającej na celu odzyskanie dziedzictwa krasnoludów pod Samotną Górą, pod przewodnictwem samego Thorina Dębowej Tarczy. Bilbo wraca z tej przygody bogatszy w doświadczenie, bogatszy w przyjaźń, bogatszy w złoto trolli i dary Thorina. A były to dary królewskie. I jeden z królewskich darów Bilbo przekazuje Frodowi. Jest to kolczuga z mithrilu, najcenniejszego metalu Śródziemia, lekkiego i mocnego jednocześnie. Kolczuga była warta więcej niż całe Shire razem wzięte. Frodo był przekonany, że Bilbo zdawał sobie sprawę z jej wartości. Stary hobbit próbuje pomóc siostrzeńcowi (właściwie Frodo był jednocześnie ciotecznym siostrzeńcem i stryjecznym bratankiem Bilba), jak tylko się da. Jest mu przykro, że wplątał Froda w taką wyprawę. Szczęśliwie nie jest jedynym, który pomaga Frodowi, bo

to niezła drużyna była

Z Rivendell wyrusza właściwie kompania komandosów. Jeden z najpotężniejszych czarodziejów Śródziemia, architekt wojny o pierścień – Gandalf  Szary. Aragorn syn Arathorna, spadkobierca Isildura, dziedzic największego królestwa ludzi w Śródziemiu. Boromir – pierworodny syn Namiestnika tego królestwa. Legolas – syn Thranduira – króla elfów z Mrocznej Puszczy. Gimli – syn Gloina, jednego z uczestników wyprawy Thorina Dębowej Tarczy. I trzech hobbitów: Pippin, Marry i Sam. Ci ostatni wyruszają na wyprawę, ponieważ są przyjaciółmi Froda. Nie mogą pozwolić, by ten szedł do Mordoru bez wsparcia. Po przebytej drodze do Rivendell, uświadamiają sobie już dobrze, na jakie niebezpieczeństwo się narażają, jednak idą dalej, bo nie zostawia się kumpla w takim bagnie. Jak już się przyjaźnimy to idziemy razem, nawet do Mordoru.

Jednak przeznaczenie miało dla każdego z drużyny napisaną jego własną rolę do odegrania. Frodo zostaje z zadaniem zniszczenia pierścienia jedynie z Samem. Do końca jednak Sam trwa przy nim. To wyzwanie okazuje się być układem dwójkowym. Trzecim, który idzie do końca okazuje się być Gollum, ale to już inna historia. W każdym razie, zostaje ich dwóch, pierścień władzy i Góra Przeznaczenia, bo

tak im było pisane

Przeznaczenie przez duże P często przywoływane jest we „Władcy pierścieni”. To przeznaczenie wręcza Frodowi pierścień i mówi – proszę, taki podaruneczek, a teraz do Mordoru, drogi chłopcze.

Jednak – Przeznaczenie ma też swoją jasną stronę. Cała wojna o pierścień jest ukazana we „Władcy pierścieni” w szerszym kontekście – odwiecznej walki sił, starcia dobra ze złem. Gandalf już w pierwszej rozmowie o pierścieniu mówi Frodowi, że Bilbo był najmniej odpowiednią, z punktu widzenia pierścienia i interesów Saurona, osobą, by znaleźć pierścień i przejąć go od Golluma. Lepiej nadałby się jakiś ork. Jednak już wtedy działały inne siły. Bilbo miał znaleźć pierścień. Powiernicy pierścienia zostali wybrani.

To są najgłębsze źródła nadziei w tej historii. Świat może być pełen zła, hordy Saurona szykują się do wojny, ale jest też światło, które działa. Symbolika tego światła we „Władcy pierscieni” pojawia się w najmroczniejszych momentach wyprawy. W Morii, gdy drużyna spotyka balroga i Gandalf staje na przeciwko niego jako sługa Tajemnego Ognia. W spotkaniu Froda z Faramirem. W labiryncie Szeloby, w  którym drogę do wyjścia oświetla światło gwiazdy Earendila, dar Galadrieli. Bez tego światła Frodo nie przetrwałby wyprawy.

Wyprawy, która od strony analizy logicznej szans, wydawała się beznadziejna. Jak może udać się plan polegający na tym, że mały hobbit idzie przez pół świata,  w tym królestwo ciemności i niszczy potężny pierścień władzy? Trzeba być szaleńcem, żeby w to uwierzyć. Gandalf był takim szaleńcem. Zawsze miał nadzieję, ale zawsze też ta nadzieja opierała się na wierze, że światło jest jednak potężniejsze niż ciemność. Gandalf wiele decyzji podejmował, nie kierując się umysłem logicznym, lecz tym, co nazywał sercem. To również jest rodzaj umysłu, lecz innego rodzaju. Poza tym

były już takie historie

Frodo nie był pierwszą osobą, która podejmuje wyprawę, która wydaje się być skazana na porażkę. Jest to stary mit – opowieść o Dawidzie i Goliacie, słabszy zwycięża silniejszego, z którym teoretycznie nie ma szans.

W Śródziemiu takich legend było wiele. Wyprawa Earendila, który popłynął do Valinoru prosić o pomoc Valarów w walce elfów i ludzi z Morgothem. Vingilot, okręt Earendila nie powinien był przekroczyć bariery. Jednak dzieje się inaczej.

Legenda o Berenie i Luthien to również historia wyprawy beznadziejnej. Ojciec Luthien – Thingol  zażądał od Berana silmarilla z korony Morgotha w zamian za oddanie ręki córki. Kierowała nim pycha. Nie mógł pogodzić się z tym, że elfia księżniczka wybrała człowieka na towarzysza życia. Dał mu więc zadanie niemożliwe do wykonania. Potęga Morgotha była o wiele większa niż Saurona, który był tylko jego sługą. Beren i Luthien jednak, po wielu niebezpieczeństwach, zdobywają klejnot.

Te opowieści niosą Frodowi pocieszenie. Frodo natomiast sam również staje się źródłem nadziei.

Nawet w najczarniejszych czasach pamiętaj, że światło istnieje. A jego źródło jest w tobie.

 



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.