TOP 10 książek z dzieciństwa #6 Rokiś

Spotkanie z diabłem

„Rokiś” był prezentem od rodziców. Książka o nietypowym formacie, w twardej oprawie, z wielkim kogutem na okładce spośród piór którego, wygląda uśmiechnięty diabeł i lekko przestraszona dziewczyna. Książka od razu mi się spodobała. Spodobała mi się z wyglądu. Było to wydanie Naszej Księgarni z 1988 r. z serii wydawniczej: kolekcja jubileuszowa. Mój własny egzemplarz niestety zaginął w boju. Szczęśliwie w dobie internetu stosunkowo łatwe okazało się uzupełnienie tej pozycji w księgozbiorze.

Przygody wesołego diabła 

„Rokiś” to w istocie trzy książki:

„A gdzie ja się, biedniuteńki, podzieję?”
„Rokiś wraca”
„Rokiś i kraina dachów”

Książki opowiadają o przygodach diabła Rokity i jego przyjaciółki Kaśki, lat 12. Byłam w tym samym wieku, kiedy dostałam książkę, więc była dla mnie w sam raz☺ Rokita zostaje przypadkowo przywieziony z delegacji przez tatę Kaśki. Ojciec dziennikarz wracając z pracy w terenie spotyka na przystanku autobusowym PKS, zrozpaczone licho, które zostało pozbawione domu – ściętej pod budowę autostrady wierzy. Po odegraniu przedstawienia pt. „A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?” czart oznajmia, że jedzie razem kolegą dziennikarzem. W ten sposób Rokita trafia do typowego, warszawskiego mieszkania z czasów PRL. Pierwszy wieczór w nowym miejscu kończy się katastrofą ponieważ Rokita wdaje się w bójkę z Kabaczkiem, dobrosąsiedzkim kocurem. Ich relacje już na zawsze zostają określone przez zdanie:

„Będziesz mi tu ubliżał, ty tłusty pociotku czarownicy?”

Jest oczywiste, że życie z diabłem we własnej osobie nie może być nudne, zwłaszcza, że to bies pełen pomysłów.

Rokiś z podań ludowych w Warszawie

Rokita jest znaną postacią w tradycji ludowej. Podania o Rokicie występują w wielu rejonach Polski – na Rzeszowszczyźnie, Podkarpaciu, warmińsko – mazurskim i Podlasiu. Na Podlasiu, skąd pochodzę, był dobrze znany. Kojarzony jest z rokitą – wierzbą czy inaczej łozą. To diabeł bagienny, duch podmokłych terenów i wierzb. W pewnych podaniach jest też rozbójnikiem, który okrada bogatych i daje biednym. Pomysł ożywienia tej postaci jako bohatera książek dla dzieci i umieszczenia we współczesnej Warszawie daje zabawne efekty. Rokita z książek Joanny Papuzińskiej zachowuje się trochę jak psotny chłopak, którego niespożyta energia gna z jednej przygody do drugiej. Są jednak momenty, gdy czaruje jak na rasowego diabła przystało. To chwile grozy, prawie grozy. Są też sceny, które uświadamiają, że Rokita to bardzo stary, stary diabeł – kiedy wyciera łzę koniuszkiem ogona tęskniąc za swoją wierzbą. Potrafi być też przyjacielem, na którym można polegać, postrzelonym lecz bardzo optymistycznym.

Zawsze warto się pośmiać

Książki o Rokicie napisane są lekko i z poczuciem humoru. Zdaniem C.S. Lewisa, pisarza, który niezwykle trafnie naturę diabła opisał – poczucie humoru to cecha, której prawdziwy diabeł jest pozbawiony („Listy starego diabła do młodego”). Rokita zatem zdecydowanie nie jest prawdziwym diabłem. To chochlik, psotnik, próbujący przystosować się do nowoczesnego świata, obdarowany dużą dozą humoru właśnie. Komiczny efekt dają jego próby adaptacji do cywilizacji – „praca w gazecie”, potem wygłupy telewizji, a w końcu pomysły dotyczące robotów. Trudno nie darzyć go sympatią.

Gdy dziecko bawi się samo – czy to naprawdę taka wielka trauma?

Rokita jako bohater książki dla dzieci, pełni też do pewnego stopnia funkcję wymyślonego przyjaciela. Dzieci często tworzą sobie takich wyimaginowanych koleżków. Nie jest to niepokojące zjawisko. To po prostu bujna wyobraźnia dziecka, które urealnia świat fantazji. Oczywiście, w książce, Rokiś jest najprawdziwszym kumplem, istniejącym rzeczywiście. W ostatnim rozdziale pierwszej części Rokita wyprowadza się z domu Kaśki, zapewne, by uniknąć spotkania z postacią mamy. Mama i Rokita nie są elementami harmonizującymi ze sobą. Można sobie wyobrazić ich spotkanie:

„Witaj mamo. To jest nasz nowy lokator. Diabeł. Nie przepada za kąpielą, ale za to robi najlepszą herbatę na świecie. Może się napijesz?”.

To jednak trochę inna sytuacja niż przygarnięcie kotka pod nieobecność mamusi.

Jednak Rokita zjawia się zawsze, gdy Kaśka wypowie podarowane jej zaklęcie. Tak się składa, że Kaśka stosunkowo często zostaje sama lub pod opieką pozarodzicielską np. czy to Babci, czy studenta Politechniki – Brodasia (dwa metry wzrostu, broda, duża ilość znajomych, zwyczaj zwracania się do lampy stołowej nazwiskiem pani docent z uczelni), więc trzeba przyznać, że magiczny kumpel bardzo się jej przydaje. Ten stan rzeczy jest przedstawiony jako normalny. Kaśka ma własny świat, a jej rodzice również nie rezygnują ze swojego życia i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dla mnie z kolei, kiedy byłam dzieckiem, to Kaśka stanowiła fajne towarzystwo. „Rokiś” był jedną z najbardziej „zaczytanych” przez mnie książek. Przyznaję, że jestem trochę zdumiona patrząc na dzieci dzisiaj, które stale są „zaopiekowane” przez swoich rodziców. Jak w takiej sytuacji mają mieć przestrzeń i czas na zbudowanie własnego, odrębnego świata? Ale co ja tam wiem, przecież nie mam dzieci (muszę popełnić kiedyś tekst pod takim tytułem – co ty tam wiesz, przecież nie masz dzieci ☺).

Okiem dorosłego – wartość książki

Kiedy przyglądam się teraz „Rokisiowi” widzę jak mądrą jest książką. Pokazuje wartość prostych, „ludzkich” zachowań. Takich książek nigdy za wiele. Bywa, że Rokiś, bagienny diabeł z wierzby jest bardziej ludzki niż pojawiający się w tej książce ludzie. Szczęśliwie dzięki magicznym talentom Rokity i jego pomysłowości udaje się zneutralizować wpływ takich postaci. Mam wrażenie, że autorka wyznaje optymistyczne przekonanie, że ludziom wystarczy wytłumaczyć/uświadomić pewne kwestie, żeby zmienili swoje postępowanie. Na przykład – przypadek redaktora naczelnego, który zwalnia starszą dziennikarkę, za jeden głupi błąd. Wystarczy pokazać mu, że on też popełnia błędy, czasem głupsze i bardziej kompromitujące, żeby przyznał – każdy może się pomylić i przyjąć z powrotem do redakcji niesłusznie wyrzuconą. Szkoda, że rzadko jesteśmy świadkami takich akcji in the real world. Pewnie uświadamianie jest łatwiejsze gdy ma się diabła Rokitę za sojusznika☺

Co dostałam od Rokity

rokiś2

„Rokiś” miał na mnie duży wpływ. Szczególnie dwie opisane w „Rokisiu” sytuacje miały znaczenie:

Scena pierwsza

Na początku trzeciej części – „Rokiś i kraina dachów” rodziców Kaśki porywa „tajfun Mongolia”. Wyjeżdżają na wyprawę do dalekiej Mongolii, a Kaśka zostaje pod opieką bardzo łagodnej, tolerancyjnej babci i studenta Politechniki, Grzesia Brodasia. Z tej okazji, podczas przeziębienia, snuje rozważania na temat swojej rodziny. Porównuje wtedy rodziców do kół samochodu, które przytwierdzone są do wspólnej osi, są razem, a ona może nawet być kierownicą i być najważniejsza, ale jest jednak inaczej umiejscowiona. Oni są ze sobą we dwoje właśnie jak koła na jednej linii, skręcające w tę samą stronę. Czasami Kaśka jest o to trochę zazdrosna, jednak, po zastanowieniu, nie widzi w tym nic złego. Z kolei ja, po zastanowieniu, stwierdziłam, że w mojej rodzinie jest podobnie i doszłam do takich samych wniosków co Kaśka. Uważam dziś, że moja książkowa koleżanka, wytłumaczyła mi, w prostych słowach bardzo ważne kwestie dotyczące struktury rodziny. Podstawową więzią w rodzinie jest relacja kobieta – mężczyzna, to na niej opiera się cała budowla. To jest podstawa a prawidłowa struktura jest na niej dalej budowana. Dziecku jest dobrze, jeżeli czuje, że pomiędzy rodzicami istnieje więź tego rodzaju.

Scena druga

W trzeciej części jest scena, w której podczas lekcji Kaśka czuje, że ktoś ją szczypie i oskarża o to koleżankę, która siedzi za nią. Koleżanka jest klasowym łobuzem i pasuje do niej takie zachowanie. Jednak tym razem nie jest to prawdą i Kaśka za zwracanie jej uwagi ląduje za drzwiami. Tam okazuje się, że winny całej akcji jest diabeł Rokita, który chciał ją wywabić z klasy, bo miał coś niezwykle ważnego do powiedzenia. Na przerwie Kaśka podchodzi do koleżanki, żeby przeprosić ją za swoje ataki i tłumaczy, że było to nieporozumienie. Koleżanka uśmiecha się do niej szeroko w odpowiedzi i mówi:

„Dobra, nie ma sprawy. Nie trzeba się przejmać, trzeba się obejmać”.

I tego staram się trzymać w podobnych sytuacjach. Nieporozumienia się zdarzają – nie trzeba się przejmać, trzeba się obejmać.

Wdzięczność 

Podsumowując, kończąc i żegnając się czule – WAŻNE – jestem wdzięczna rodzicom za prezent, jakim był „Rokiś” Joanna Papuzińskiej.

KUPUJCIE DZIECIOM KSIĄŻKI!



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.