Welurowy dres czyli produkty czasu pandemii


Fascynujące jak rynek błyskawicznie dostosowuje się do nowych potrzeb. Za symbol można uznać welurowy dres. Ostatnio niezwykle w modzie. Produkt idealny na czas pracy zdalnej, podobno zjawiska przyszłości. Trudno się temu dziwić. Raczej nie notuje się przypadków pań pracujących z domu w szpilkach i eleganckich spódniczkach. I mimo wygody domowych strojów, czasami dusza tęskni do bardziej wykwintnych ubrań. I tutaj znakomicie znajduje się welurowy dres. Szata wygodna, a zarazem można rzec nawet, że elegancka. Daje poczucie, że jednak w jakiś sposób wyszło się do tej pracy, włożyło coś co nie jest porozciąganą bluza pamiętającą lata 90te, a strojem z lekką nutą elegancji. Welurowy dres otula nasza psychikę jak miękki kocyk. Welurowy dres rozumie. I pomaga przetrwać.

Istotne jest znaczenie drobiazgów. I rynek to wie. Dlatego od sytuacji kompletnego braku maseczek jednorazowych w marcu, przeszliśmy do szerokiego asortymentu masek wszelakiej maści, co osiągnęliśmy mniej więcej w maju. Skoro już muszę nosić na twarzy obrusik, to niech przynajmniej będzie ładny – i niemalże od razu pojawia się setka ładnych, do wyboru do koloru. Widziałam nawet w telewizorze maseczkę ozdobioną diamentami, wartości 1,5 mln dolarów. Maseczki jednorazowe, materiałowe, z filtrami i bez, wzorzyste i jednobarwne – maseczkowy zawrót głowy. Kraina obfitości. Wystarczy mieć pieniądze.

Albo suplementy diety, na odporność. Polacy zjadają produkty medyczne na potęgę, podejrzewam, że teraz spożywamy ich jeszcze więcej. Ochroni nas magiczna moc witaminy C, i czystek. Po zażyciu należy trzy razy obrócić się na pięcie i splunąć przez lewe ramię.

W miesiącu grudniu w Jakucji 9 osób śmiertelnie zatruło się pijąc płyn do dezynfekcji rąk. Producent stanie przed sądem, bo płyn miał zbyt dużą zawartość metanolu, większą niż dopuszczały przepisy. Stanowił zatem, po spożyciu całego zapasu wódki, zbyt dużą pokusę dla biesiadników, co skończyło się tragicznie. Taka odwrotność maseczki za 1,5 mln dolarów.
Ciekawym produktem czasu zarazy są teorie spiskowe. Od uwolnienia patogenu przez Chińczyków z tajnych laboratoriów, przez Billa Gatesa, który chce nas zaczipować, po podejrzewane działania globalnego kapitału, który chce więcej i więcej, dlatego poświęci ludzkość, a przynajmniej jej część. Sprzedają się te teorie jak świeże bułeczki. W końcu jeżeli to nie spisek, to czysty przypadek. A przypadek jest jeszcze gorszy niż spisek, bo nad tym już absolutnie nikt nie ma kontroli i to jest przerażające, bardziej niż Bill Gates ze swoimi czipami.

Najbardziej jednak chyba rozpowszechnionym produktem pandemii jest lęk. Podobno psychoterapeuci mają obecnie żniwa. Liczba depresji i zaburzeń lękowych w polskim społeczeństwie wzrosła dwukrotnie. Boimy się o zdrowie swoich i najbliższych, o pracę, przyszłość i spodziewany poziom życia. Ten lęk właśnie powoduje, między innymi, podatność na ofertę rynku. Kupujemy, otwieramy, pobieramy, próbujemy – wszystko, by obniżyć poczucie lęku. Gwiazdą na firmamencie ma być szczepionka. Szczepionka teoretycznie odpowiada na wszystkie nasze potrzeby, przede wszystkim, to ma być ostateczna broń, która ostatecznie rozprawi się z koronawirusem, czyli lek na całe zło. Wyścig producentów był imponujący i skończył się grubo przed czasem. Teraz trwa wyścig o rejestrację. Tymczasem społeczeństwo patrzy na tę akurat ofertę, nie do końca przychylnym okiem. Taki paradoks. Trzeba będzie zatem zacząć wyścig o przekonanie go do zaszczepienia, bo jeżeli nie zaszczepi się 60% to całe wysiłki, jak krew w piach. A wszyscy przecież wiedzą, że niesprawdzone leki to gotowa apokalipsa zombi. Dobrze, że w tym tygodniu zakupiłam welurowy dres, z nutą elegancji, w tym się dobrze biega 🙂

P.S. Na końcu to jest żart – nie mi oceniać szczepionki, lecz powołanym do tego instytucjom.


Zobacz więcej o: koronawirus


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.