„What happened to Monday” – znalezione w odmętach Neflixa

Wydawało mi się, że z gatunku SF widziałam już wszystko, co było do zobaczenia, a tu niespodzianka. Film z 2017 r. w reż. nieznanego mi bliżej Tommy’ego Wirkola, zaskoczył mnie bardzo. Sądząc po tytule, wydawało mi się, że będę miała do czynienia z kinem katastroficznym, tymczasem to tylko część prawdy. Dostajemy w tym obrazie kawałek dobrego kina dystopijnego, które stawia ciekawe pytania o charakterze moralnym. Polski tytuł to „Siedem sióstr”, ale moim zdaniem, tytuł oryginalny lepiej oddaje istotę filmu i najciekawsze jego aspekty, w tym pytania o naturę naszych wyborów i motywacji.

Rzeczywistość przedstawiona w filmie, to świat, który z powodu przeludnienia nie jest w stanie wyżywić wszystkich ludzi, nawet w państwach uznawanych za zamożne. Wprowadzono więc regulację, która pozwala na posiadanie tylko jednego dziecka. Dzieci „nadprogramowe” są odbierane i w ramach programu alokacji, umieszczane w komorach hibernacyjnych, gdzie czekają na „lepsze czasy”. W tej sytuacji pewna kobieta rodzi siedmioro dzieci. Siedem identycznych córek. Ich dziadek, który zajmuje się nimi po śmierci matki, ma nie lada problem z ukryciem dodatkowych sióstr. Jednak, dzięki ciekawemu systemowi (nie będę spoilerować), wprowadzonemu przez opiekuna, udaje im się funkcjonować całkiem nieźle. Do czasu oczywiście. Nie byłoby przecież akcji, gdyby wszystko układało się różowo. Sama akcja, w moim odczuciu, jest jednak mniej istotna, niż pytania stawiane przez film: jakie są granice ludzkiej wolności? czy posiadanie kolejnych dzieci w sytuacji powszechnego głodu, nie jest egoizmem? jak daleko można się posunąć w imię tak zwanych „wyższych celów”? czy możliwe jest życie bez własnej tożsamości? jakie są granice poświęcenia dla innych? I w końcu – te najstraszniejsze – czy tak może wyglądać nasza przyszłość na planecie, która pod koniec wieku będzie musiała udźwignąć populację przekraczającą 11 miliardów ludzi?. „What happened to Monday?” inspiruje do refleksji, czasami niewesołych, ale jestem wielkim fanem myślenia, nawet jeżeli obecnie nie zgadzam się z hasłem, które widywałam całe dzieciństwo, wymalowane na osiedlowym sklepie: „Ludzie myślcie. To nie boli.”. Bywa, że boli, a tematyka tego filmu, nie jest lekka, łatwa i przyjemna.

Muszę jednak pożalić się, że tak ciekawy temat nie został w pełni rozwinięty, a rozwiązanie filmu, jest nie tylko mało realne, ale też w ostateczności przesłodzone (finałowa scena kompletnie odkleja się od rzeczywistości). Oddając sprawiedliwość twórcom, trzeba przyznać, że próbowali w ostatnim przemówieniu Nicolette Cayman, odpowiedzialnej za organizację systemu alokacji dzieci, oddać wieloznaczność sytuacji, z którą musiała się mierzyć, ostatecznie jednak najwyraźniej trzeba było oddać cześć bogu Hollywood i spłycić temat. Trochę szkoda, bo pozostaje niedosyt. Wydaje mi się, że to jeden z obrazów, który znacznie, by zyskał, gdyby nie konieczność zarobienia kasy. Mógłby być szokującym, przenikliwym dramatem, ale żeby sprzedać, trzeba mieć w fabule ciągi typu „zabili go i uciekł”, i tak jakość filmu, niestety się obniża. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja bardzo lubię filmy typu „zabili go i uciekł”, ale tutaj widzę potencjał na dużo więcej i jakoś tak z lekka przykro mi.

Warto za to podkreślić, że jest bardzo dobrze zagrany. Noomi Rapace bardzo zgrabnie przeskakuje między wcielaniami wszystkich siedmiu sióstr: od Poniedziałku do Niedzieli. Willem Defoe (Terrence Settman – dziadek sióstr), nigdy mnie nie zawiódł i tym razem też jest świetny. Jednak Glenn Close, jako Nicolette Cayman, mnie nie zachwyciła, w mojej opinii, ta rola dawała większe możliwości. Poza tym, cały czas miałam wrażenie, że jest jakiś problem z ruchomością twarzy aktorki, nie wiem skąd? Za to koniecznie należy wspomnieć małą Clarę Reed w roli młodziutkiej Karen Settman razy siedem, jest chyba nawet lepsza niż Noomi Rapace. Bardzo naturalnie wyglądają różne osobowości w jej wersji, ale trzeba pamiętać, że główny ciężar zagrania Karen Settman we wszystkich jej wcieleniach, spoczywał jednak na dojrzałej aktorce. 

Pomysł fabularny na „What happened to Monday” jest na tyle intrygujący, że mógłby to być film autentycznie wielki. Szansa ta nie została jednak do końca wykorzystana. Nie zmienia to faktu, że warto się z nim zapoznać, szczególnie jeżeli ktoś lubi szukać między wierszami.


Zobacz więcej o: filmy, Netflix, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.