Recenzje

Znalezione w odmętach Amazon Prime: „Zakładnik” reż. Michael Mann

Michael Mann ma opinię specjalisty od filmów kryminalnych. „Policjanci z Miami” to serial, który można uznać za jedno ze zjawisk, które zmieniły telewizję i wciąż jest właściwie nie do pobicia. Niedawno wróciłam do niego i okazało się, że czas w ogóle nie mu nie zaszkodził. „Zakładnik” świetnie wpisuje się w dorobek Manna, jako jednego z najlepszych reżyserów  gatunku. Mi ten film umknął, ma już trochę latek, bo to produkcja z 2007 r., ale w przypadku dobrego kina, wiek nie gra roli. I tak w jest właśnie z „Zakładnikiem”.

Sam pomysł fabularny jest bardzo ciekawy, chociaż nie nowatorski. Płatny zabójca zmusza przypadkowego taksówkarza do wykonania najdziwniejszego zlecenia z jakim przyszło mu się zmierzyć. Ma dostarczyć zleceniodawcę w pięć punktów Los Angeles jednej nocy, celem wykonania powierzonej jego klientowi pracy. Oczywiście zbieg okoliczności sprawia, że podróż ta nie przebiega bezawaryjnie. Fabuła poprowadzona jest w taki sposób, że stale trzyma w napięciu, jak przystało na thriller kryminalny wysokich lotów, ale zdecydowanie najmocniejszym punktem programu jeżeli chodzi o „Zakładnika” jest gra aktorska.

Ten film nie byłby w połowie tak dobry gdyby nie odtwórcy głównych ról: Tom Cruise jako Vincent – płatny morderca i Jamie Foxx w roli Maxa – tytułowego zakładnika. Tom Cruise, w mojej opinii niezasłużenie, nie jest postrzegany jako aktor wybitny, jako dobry może tak, ale nie wybitny. Przyjęło się, że świetnie sprzedaje filmy i jest gigantem branży, ale czasy ról Oskarowych już jakby za nim. „Zakładnik” udowadnia, że taka opinia jest dla tego aktora krzywdząca. Kreacja, którą Cruise wykonuje w tym filmie jest mistrzowska. Potrafi sprawić, że nienawidzimy jego bohatera i jednocześnie współczujemy mu. Chociaż nie do końca wiadomo kiedy jest prawdziwy, a kiedy zakłada maski i gra emocjami,  jednak wydaje się, że można złapać go na momentach szczerości. Zasłona opada wtedy  i można powiedzieć, że widzimy człowieka zmęczonego, a nie bezwzględnego zabójcę. Powstają pytania, jakie koleje losu, doprowadziły go do tego miejsca, co sprawiło, że zarabia na życie zabijając. Jesteśmy uwikłani w jego historię równie skutecznie jak przypadkowy kierowca taksówki, który zaplątał się w tę całą sytuację. Druga najważniejsza osoba tego dramatu – taksówkarz, również zagrany jest chyba nawet lepiej niż bardzo dobrze. Przed „Zakładnikiem” nie doceniałam Jamiego Foxxa jako aktora, okazuje się, że niesłusznie, bo potrzebuje tylko dobrej roli, żeby pokazać na co go stać. Jego przemiana z bojącego się życia nieudacznika, w człowieka, który przyparty do muru, potrafi działać sprawnie, jest spektakularna. Widać ją w nawet w ciele, jak rozprostowuje się, staje się wyższy, kiedy w końcu uwalnia się od lęku. Razem panowie stworzyli tandem, który jest znakomity nie tylko indywidualnie, ale również na płaszczyźnie wzajemnej interakcji. Każdy psycholog mógłby się uczyć na tym filmie genezy syndromu sztokholmskiego, patrząc jak rozwija się relacja między oprawcą, a ofiarą i dochodzi do zbliżenia dwóch osób, czego katalizatorem jest sytuacją graniczna, w której się znajdują. Bardzo lubię filmy, w których akcja staje się pretekstem do pokazania czegoś więcej, w tym przypadku mamy do czynienia ze złożonym dramatem psychologicznym, w dodatku bardzo intymnym, bo rozpisanym tylko na dwie osoby. To trochę tak jakby kupić pudełko czekoladek ulubionej marki, a po otwarciu okazuje się, że jest tam schowana dodatkowa niespodzianka, z jeszcze lepszymi czekoladkami. Taki właśnie jest „Zakładnik” pana Michaela Manna.

Skoro przestałam już piać z zachwytu nad odtwórcami ról głównych, muszę się pochylić nad rolami drugoplanowymi, bo tutaj też jest więcej niż dobrze. Barry Shabaka Henley w roli Daniela jest tak genialnie dopasowany, że trudno wyobrazić sobie na jego miejscu kogokolwiek innego. Zresztą sceny z nim zagrane są wysmakowane też w warstwie dialogu.  Klimat jest tutaj pierwszorzędny, uważnie trzeba to oglądać, żeby nic nie umknęło. „Zakładnik” to w ogóle film, który należy śledzić uważnie, bo każda scena ma tutaj znaczenie fabularne i buduje rozwiązanie historii. Wracając do aktorów –  Javier Bardem jako Felix jest nierozpoznawalny, dopiero sprawdzając obsadę odkryłam, że on to on. A że w „Zakładniku” nawet drugoplanowe role są bardzo dobre, Bardem daje tutaj popis tworząc postać z lekka komiczną w swoich pozerskich monologach i warto zwrócić na niego uwagę. O Marku Ruffalo też należy wspomnieć w tym zestawieniu, chociaż już bardziej pro forma, bo nie miał tutaj okazji do pokazania nie wiadomo czego, ale rola i tak jest zacna.

Reasumując –warto poświęcić dwie godziny swojego życia żeby zobaczyć „Zakładnika”. Na pewno nie będzie to rozczarowanie. To nie tylko pełnokrwisty film akcji, ale też skomplikowane psychologicznie i zniuansowane przedstawienie rozpisane na dwóch głównych aktorów. Finałowa scena jest jedną z ciekawszych i piękniejszych jakie widziałam w kinie sensacyjnym. Polecam szczerze.