5 dziwnych filmów na sobotę

Tekst ten zawiera rekomendacje filmów, które z braku lepszej nazwy określiłam jako dziwne. Po pierwsze trudno je zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii. Po drugie charakteryzuje je surrealistyczny, czasem mroczny, zawsze tajemniczy i trochę poetycki klimat. Są to:

„Parnassus” reżyseria Terry Gilliam (2009 r.)

Osobiście bardzo lubię twórczość Terry’ego Gilliama, jednak muszę przyznać, że „Paranassus” to najsłabszy film w całym zestawieniu. Nie znaczy jednak, że nie warto go zobaczyć chociażby ze względu na plejadę nazwisk. W postać Tony’ego wcielają się bowiem czterej aktorzy: Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law i Collin Farrel. Heath Ledger niestety nie ukończył zdjęć do „Parnassusa”. Stąd pojawienie się w filmie pozostałych aktorów. Mocną stroną „Parnassusa” jest też Lili Cole w roli Valentiny, która jest po prostu przeurocza oraz Tom Waits jako diabeł – stary cwaniak i kusiciel. „Paranssus” jest ciekawym filmem z wielu względów. Przede wszystkim interesujący jest pomysł oparcia akcji na wątku zakładu między doktorem Paranssusem a Diabłem i zbudowana wokół niego tematyka kuszenia i skłonności ludzi do grzechu. Niestety realizacja pomysłu trochę zawodzi i ma się wrażenie, że ten film mógłby być lepszy niż jest. Zostawia więc pewien niedosyt. Porusza jednak wiele istotnych problemów – ucieczki od konfrontacji z trudną rzeczywistością, udawanie kogoś kim się nie jest, pogoń za marzeniami. Do tego wizje w głowie Paranssusa, Londyn nocą i dzwoneczki wokół kostek Valentiny sprawiają, że czasami wracam do tego filmu.

„Arizona Dream” reżyseria Emir Kusturica (1993 r.)

Jakiś czas temu zdiagnozowałam filmy, które nazywam filmami wielokrotnego użytku. Są to filmy, do których można jak sama nazwa wskazuje, wracać wiele razy. Jednym z takich filmów w moim życiu jest niewątpliwie „Arizona Dream”. Film, którego atmosfera jest niepowtarzalna. Połączenie surrealistycznych obrazów, elementu absurdu i poczucia humoru jest wyśmienitym mariażem. Daje to opowieść o życiu, dojrzewaniu i śmierci, przedstawioną w sposób lekko ironiczny lecz także z delikatną czułością. Jest to też film o bogatej symbolice – czerwony balonik, latająca ryba, Cadillac’i na poboczu drogi, obsesja latania, nawet woda kolońska Old Spice nabiera takiego znaczenia. Oglądaniu filmu towarzyszy wrażenie unoszenia się nad ziemią, gdzieś na pograniczu jawy i snu. Jest to też na pewno film o uwikłaniu w relacje, o tym jak trudno jednostce zrozumieć wszystkie oczekiwania i procesy innych ludzi, a także swoje własne. Warto ten film zobaczyć ze względu na atmosferę, ale też świetne kreacje aktorskie, przede wszystkim Johnny’ego Depp’a, ale także Faye Dunaway, Jerry’ego Lewis’a , Vincenta Gallo i Lili Taylor. Ogromne znaczenie ma też muzyka Gorana Bregovića, która wspaniale ilustruje i podkreśla surrealizm opowieści. My love forever.

„Immortal” reżyseria Enki Bilal (2004 r.)

Podtytuł filmu to kobieta pułapka. Dla wszystkich, którzy znają i lubią komiksy Enkiego Bilala, pozycja obowiązkowa. Przestrzeń akcji to Nowy Jork w dalekiej przyszłości. Miejsce dziwne, mroczne i targane podziałami. Na porządku dziennym są eksperymenty genetyczne, mutacje, intrygi polityczne i związane z nimi podejrzane interesy. Wszystko staje się jeszcze bardziej dziwne, gdy w Central Park pojawia się intruzja, a razem z nią dziewczyna o niebieskich włosach, płacząca niebieskimi łzami. Ponadto nad miastem zawisa nieznanego pochodzenia piramida, a skutkiem interwencji bogów – rezydentów piramidy, z więzienia zostaje uwolniony Nikopol – rewolucjonista. Niebieskiej dziewczyny szuka natomiast Horus – bóg o głowie sokoła, skazany na śmierć przez swoich boskich współbraci. Horus z godną boga determinacją, będzie próbował uwieść niebieską kobietę, w celu spłodzenia z nią potomstwa. Akcja zanurzona jest w onirycznym klimacie noir. Nikopol recytuje wiersze Boudlaire’a, a egipscy bogowie grają w szachy. Film ten należy oglądać wieczorem, w ciemności, żeby w pełni odczuć klimat, który tworzy połączenie animacji i filmu fabularnego. Słyszałam zarzuty dotyczące animacji, że jest delikatnie rzecz ujmując – siermiężna. Mi nie przeszkadza. Ważniejszy jest dla mnie klimat filmu, ale zaznaczam, żeby nie było, że nie uprzedzałam.

„Kontrolerzy” reżyseria Nimród Antal (2003 r.)

Po pierwsze film jest węgierski, po węgiersku, więc sam język daje już pierwszy przedziwny efekt. Po drugie akcja filmu dzieje się w metrze, którego korytarze stają się autonomicznym bohaterem tego obrazu. Z tego co pamiętam, węgierskie metro jest drugim co do wielkości w Europie, więc jest to prawdziwy labirynt, w którym może ukrywać się prawie wszystko. Taka aluzja zresztą wyraźnie brzmi w filmie. Po trzecie zestaw postaci – kontrolerzy – to wspaniała galeria świrów. Jest znakomita scena badań psychologicznych pracowników metra, w której dostajemy wyśmienity, przezabawny przegląd ludzkich typów. Ma on symboliczne znaczenie.  Zresztą, jak wszystko w tym filmie – ruchome schody do metra, pojawiająca się od czasu do czasu sowa, postać w kapturze, bal maskowy w metrze. Film jest komiczny i trochę straszny jednocześnie, a także lekko liryczny. Daje to mieszankę, która sprawia, że film jest nieprzeciętnym obrazem. Wspaniałe zdjęcia metra ukazanego w baśniowej konwencji, tworzą niezapomnianą nastrojowość tego filmu. Niebagatelne znaczenie ma też muzyka dopasowana do rytmu pociągów, świetnie brzmiąca w korytarzach metra. Od czasu do czasu warto zejść into the underground.

„Mulholland Drive” reżyseria David Lynch (2001 r.)

Zastanawiałam się czy umieścić „Mulholland drive” w tym zestawieniu. Jest problem z tym filmem, bo nie chce się on zmieścić nawet w zestawieniu filmów, które nie mieszczą się w innych zestawieniach. Od razu przyznam, że jest to film, należący do tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie. W mojej opinii jest to też najlepszy obraz Lyncha jaki oglądałam. A Lynch to mistrzostwo reżyserii. Jest więc bardzo dobrze i bardzo psychodelicznie. Przez cały czas trwania seansu, chłonąc piękne obrazy, zastanawiałam się jednocześnie o co tu chodzi. Kiedy w końcu dowiedziałam się o co chodzi, wcisnęło mnie w fotel. Zresztą jest to film, który wciska w fotel wielokrotnie. Klimat absurdalnej grozy, który jest obecny przez cały czas, krańcowego napięcia, momentami wzrasta tak  jakby reżyser naciągał strunę do granic wytrzymałości. Lynch jest równie wielkim jak Hitchcock mistrzem suspensu i są w tym filmie sceny, które doprowadzają na skraj zawału. Są też obrazy niezwykle piękne i poruszające. Scena w teatrze i niesamowite wykonanie „Llorando” – „Llorando por tu Amor, llorando por tu Amor” czyli „Płaczę po twojej miłości”. Utwór jest tak piękny, że polecam jego posłuchanie:

W moim przypadku (i wiem, że nie tylko moim) scena jest niezwykle wzruszająca. Wszyscy razem w tej scenie płaczemy nad stratą, która jest nieuniknionym elementem życia. I tutaj również mocną stroną filmu jest muzyka (David Lynch, Angelo Badalamenti, John Neff), która buduje nastrój. Równie duże znaczenie mają zdjęcia. Wspaniałe i niezastąpione tło, które również tworzy klimat – to obrazy miasta Los Angeles. W wielu ujęciach Los Angeles, szczególnie zdjęcia wnętrz przypominają mi „Bulwar zachodzącego słońca” (reż. Billy Wilder, 1950 r.). Do tego aktorski duet Naomi Watts i Laura Harring, który świetnie się sprawdza, w malowaniu kontrastu między dwiema głównymi bohaterkami filmu. Wszystko to daje wspaniały efekt, zanurzony w aurze, tajemnicy i zagadkowości, piękny i groźny, jak noc nad Los Angeles.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.