Dlaczego koniecznie muszę mieć trzydziestą piątą parę butów?

Bo jestem kobietą. To najprostsza odpowiedź, która tłumaczy wszystko, nie tłumacząc niczego. Taki kolejny kobiecy paradoks. Przypomina mi się pasujący do tematu cytat z „Niewidocznych akademików” Terry’ego Pratchett’a:

Prawda jest kobietą, albowiem prawda to piękno, a nie przystojność (…). To dobrze tłumaczy powiedzenie, że kłamstwo może cały świat oblecieć, zanim prawda włoży buty. Musi przecież zdecydować, którą parę włożyć – pomysł, że kobieta z taką pozycją miałaby tylko jedną, wykracza poza granicę racjonalnej wiary.

A więc jak wygląda prawda – po co mi trzydziesta piąta para butów?

Może dlatego, że jak słyszałam, noszenie szpilek sprzyja rozwojowi życia erotycznego, ponieważ wzmacnia wiadome mięśnie.

A może są przyczyny bardziej praktyczne – w końcu coś trzeba odpowiednio dobrać do tych czterdziestu bluzek, które mam w szafie.

Jestem w stanie też podać przyczyny zgoła wręcz metafizyczne – kobiecość kojarzona jest z żywiołem ziemi. Kobieta od pradawnych czasów związana jest z przyczyn oczywistych z symboliką płodności, owocowania, wzrostu i darów matki ziemi. Stopy natomiast są częścią ciała, która najczęściej właśnie z matką ziemią obcuje. Kobieca podświadomość zatem uprawia kult stóp. Stopom należy się cześć i oddanie im hołdu objawia się zakupem trzydziestej piątej pary butów.

Może to być też mit Kopciuszka. Wyśniony Książę rozpoznaje swoją wyśnioną Księżniczkę za pomocą pantofelka. My kobiety próbujemy z kolei znaleźć ten idealny pantofelek, który przyciągnie uwagę Księcia na strojnym rumaku marki BMW i wysyłamy sygnały za pomocą obcasa wysokości 15 centymetrów, lepiej niż alfabetem Morse’a: „bip, bip, bip, tutaj jestem – to ja twoje maaarzeeeenieee…”.

A może, że pociągnę wątek Księcia, gdzieś w głębinach naszych mózgów dobrze wiemy, że oni, ci mężczyźni, co to tak naprawdę wcale nas nie obchodzą, bo jesteśmy takie niezależne, łakną naszych stóp. Że każdy z nich to ukryty fetyszysta, który pragnie tylko napić się szampana z naszego trzewiczka. Więc podsuwamy im pod oczy te upragnione trzewiczki machając nóżką.

Nie wykluczam też, że kupowanie butów jest jakąś niemalże rytualną formą kobiecej rozrywki albo formą zabijania czasu. Może być i jednym i drugim jednocześnie.

Albo z kolei możliwe, że jest to tortura, którą nieświadomie stosujemy na mężczyznach, żeby zemścić się za wieki krzywd czynionych naszej słabej płci. On musi iść do sklepu, musi zaczekać aż wybierzesz, potem aż poprzymierzasz, a jeszcze potem patrzy jak płacisz ciężkie pieniądze za rzecz, w jego opinii, kompletnie niepotrzebną – bo przecież ty masz już trzydzieści cztery pary butów.

Konkludując jednak moje rozważania – pochwalę się, że znam pewien dowcip:

– Dlaczego kobieta w trakcie okresu gotuje zupę w pięciu garnkach?

– Bo tak!

I ja odpowiadam na pytanie zadane na wstępie: dlaczego koniecznie muszę mieć trzydziestą piątą parę butów? Bo tak!

I zamierzam sobie kupić, mimo pewnych braków w zasobach finansowych. Bo tak! Zwłaszcza, że zbliża się jesień, a nic nie działa tak dobrze na jesienne nostalgie jak nowa para butów. Już nawet wiem jakie będą moje nowe butki. Czarne, na małej szpilce, z lekko zaostrzonymi noskami i niech będą lakierki. Bo tak!

Obrazek cherrypatter



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.