„Alicja po drugiej stronie lustra” – wrażenia po obejrzeniu filmu

Prawda jest taka, że po obejrzeniu filmu, aż mi się nie chce o tym pisać. Jednak w minionym tygodniu popełniłam entuzjastyczny tekst o „Alicji w Krainie Czarów”, w którym zapowiedziałam, że napiszę o kolejnym filmie z tej serii, a że jestem obowiązkowa i konsekwentna to po prostu muszę. Niestety. Ponieważ właściwie nie za bardzo jest o czym. „Alicja po drugiej stronie lustra”, jeżeli chodzi o główny pomysł scenariusza, jest kalką „Alicji w Krainie Czarów” i nic ponad to. Z tą różnicą, że nawet nie stara się nawiązywać do książkowej fabuły „Alicji po drugiej stronie lustra”, z wyjątkiem kilku mało znaczących elementów. „Alicja w Krainie Czarów” była interesująco skomponowanym filmem utrzymanym w cudownej estetyce. „Alicja po drugiej stronie lustra” rozczarowuje niemalże na każdej płaszczyźnie. Z jednej strony stanowi oczywistą kontynuację „Alicji w Krainie Czarów”, do tego stopnia, że nie da się w pełni zrozumieć tego filmu bez znajomości pierwszej części, z drugiej zawiera, względem tejże części, rażące sprzeczności. Świadczy to niestety o niechlujstwie realizatorów filmu. Dodatkowo, dla mnie, wielbiciela filmowej „Alicji w Krainie Czarów” Burtona, jest przykre bycie świadkiem tego jak druga część niszczy najbardziej interesujące wątki tej historii, na przykład mój ulubiony wątek Czerwonej i Białej Królowej, doprawiając mu iście hoolywódzkie zakończenie. Wzruszające to i ckliwe niezmiernie. Do tego wszystkiego twórcy dzieła postanowili dodać oczywiste partie poświęcone wartościom rodzinnym, które są głębokie jak ogrodowa sadzawka. Pewien potencjał zawierał wątek czasu i związane z nim próby Alicji uporania się z przeszłością, niestety też nie został należycie wykorzystany.

Naprawdę nie przepadam za pisaniem tego typu opisów filmów ponieważ zazwyczaj próbuję w każdym znaleźć interesujące elementy, jednak w tym przypadku nie jest to proste. Może dlatego, że „Alicja w Krainie Czarów” wysoko postawiła poprzeczkę, rozczarowanie jest tym większe. Filmu nie ratuje nawet obrazowość zaczerpnięta z pierwszej części, bo to po prosu, w tym przypadku nie wystarczy. To nie jest film o konwencji typu idę na super efekty specjalne, tylko tego się spodziewam i jestem zachwycona. Od tego filmu oczekiwałam jednak czegoś więcej. Przynajmniej aktorstwa na w miarę przyzwoitym poziomie. Tymczasem Alicja jest blada i mało przekonująca i partiami dziecinna, szczególnie gdy powtarza, zupełnie bez sensu, jak to może dokonać sześciu niemożliwych rzeczy przed śniadaniem albo kiedyś mogła. Johnny Deep jako Szalony Kapelusznik, z bólem muszę to stwierdzić, stanowi już bardziej parodię samego siebie niż tworzy postać. Tak wiem, że ta akurat postać ma być przerysowana, jednak zapewne nie do tego stopnia, żeby stać się karykaturą. Jedynie, jak zwykle, Helena Bonham Carter jako Czerwona Królowa daje radę i mamy jeszcze całkiem niezły występ Sachy Barona Cohena w roli Czasu. Tym razem Anne Hathaway jako Biała Królowa jest sporo słabsza, ale uczciwie trzeba przyznać, że scenariusz nie daje jej zbyt wiele możliwości.

Podsumowując – „Alicja w Kranie Czarów”– film bardzo dobry, przeszedł metamorfozę w „Alicję pod drugiej stronie lustra” – film ledwie „do obejrzenia” – można włączyć przy obiedzie i pooglądać całkiem ładne obrazki, ale to właściwie wszystko. Pozostaje niesmaczne wrażenie, że Disney obiecał nam film, a zrobił coś tam coś żeby wyjąć trochę kasy z naszych portfeli. Trochę to nieładne jak na mój gust. Mam tylko nadzieję, że jednak producenci darują sobie zrobienie z tych filmów serii, chyba że wyciągną wnioski z oglądalności poniżej spodziewanej i popracują nad jakością. Inna znana seria z Johnnym Deepem czyli „Piraci z Karaibów” zaczęła nudzić dopiero przy czwartej części, przynajmniej mnie. „Alicja” szybciej znacznie szybciej osiągnęła ten wynik.



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.