Dlaczego lubię Sylwestra Stallone

Zdaję sobie sprawę z tego, że Sylwester Stallone w nikły sposób łączy się z tematem robotów (chociaż mimika jego twarzy może temu przeczyć), jednak dzisiaj tekst o Sylwestrze. Tekst pojawia się ponieważ niedawno pierwszy raz w życiu obejrzałam film pt. „Rocky”. Okazało się, że miałam mierne pojęcie na temat tej produkcji. Byłam zaskoczona, gdy odkryłam, że to bardzo dobry film. Postanowiłam zatem uczcić to odkrycie. Poza tym pięściarze, cóż, generalnie przypominają mi roboty. Żeby wytrzymać kilkanaście rund okładania się trzeba być czymś na kształt maszyny – tworzywem cholernie wytrzymałym. Wracając jednak do ad remu, jak mawiali za czasów mojego dzieciństwa smutni panowie z telewizji – dlaczego lubię Sylwestra Stallone? Odpowiedzią jest

Wytrwałość

To jest cecha dzięki, której Sylwester Stallone podbił moje serce. Zanim pojawił się Rocky, Sylwester Stallone grał podrzędne role drugoplanowe. Nie wiodło mu się w życiu najlepiej. Miał nawet, z tego co jest mi wiadomo, epizod pomieszkiwania w samochodzie. Wiedział jednak czego chce i wytrwale do tego dążył. Postać Rocky’ego wymyślił sam, napisał scenariusz i przekonał wytwórnię do jego realizacji. Upór i konsekwencja w dążeniu do celu to powody, dla których powstał Rocky, a Stallone stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych aktorów Hollywood.

Rocky – Stallone o sobie samym

Postać Rocky’ego to w dużej mierze opowieść o samym Stallone. Bohaterem tej historii jest pięściarz, który walczy trzeciorzędowe walki, zwyczajny chłopak marzący o karierze boksera, któremu nie do końca wychodzi. Zupełnie jak Stallone wtedy – drugoplanowe role, brak kasy, czekanie na sukces, który nie przychodzi. W końcu Rocky dostaje swoją szansę, całkiem przypadkowo, ma okazję walczyć o najwyższą stawkę – mistrzostwo świata w wadze ciężkiej z prawdziwą gwiazdą sportu – Apollo Creed’em. Podobnie dla Sylwestra Stallone rola Rocky’ego była szansą na spełnienie marzeń. Obaj panowie tej szansy nie zmarnowali. Może właśnie dlatego Sylwester Stallone jest tak dobry i wiarygodny w tej roli, bo opowiada swoją własną historię? Zresztą jest to znakomicie zagrana rola. Sceny treningów, w których widać wiarę i euforię boksera przed walką; wieczór przed samym pokazem kiedy uświadamia sobie, że jest za słaby, żeby pokonać przeciwnika, gdy widać w nim, kiedy ogląda arenę w przeddzień walki, strach i świadomość sytuacji; w końcu postanowienie, że wytrwa do końca, żeby pokazać się z jak najlepszej strony – to seria scen nie do zapomnienia. Gratulacje.

A skoro jesteśmy już w temacie robotów – walka Rocky’ego z Apollo doczekała się swojego odzwierciedlenia w filmie o robotach tj. w „Gigantach ze stali” z 2011 r., gdzie mistrz – robot i robot – debiutant w najwyżej lidze toczą kropka w kropkę taki sam pojedynek.

Oskarowy sukces

„Rocky” zdobył Oskara w kategoriach: „Najlepszy film”, „Najlepszy reżyser” – John G. Avildsen i „Najlepszy montaż” – Richard Halsey i Scott Conrad, do tego siedem nominacji (również w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy), a Sylwester Stallone z nikomu nieznanego aktora stał się gwiazdą. Gdyby się poddał nie usłyszelibyśmy nigdy, ani o nim ani o Rockym. Całkiem nieźle jak na człowieka z częściowo sparaliżowaną twarzą. Zostanie zawodowym aktorem w tym przypadku – to powinno graniczyć z cudem. Okazało się jednak, że jest to twarz tak charakterystyczna, że można nią grać pomimo tego. Sukces pomimo wszystko, przez upór i siłę charakteru. W tym roku mieliśmy w kinach „Niezniszczalnych 3”. Sylwester Stallone ma dopiero 69 lat więc pewnie zagra i w „Niezniszczalnych 4”. Czego serdecznie mu życzę.


Zobacz więcej o: filmy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.