„Króla Artur: Legenda miecza” Guy’a Richiego – ten film powinien zarobić więcej

Strasznie jest mi przykro, że „Król Artur: Legenda miecza” jest wymieniany wśród największych finansowych porażek roku. Sama też nie poszłam na niego do kina, czego szczerze żałuję. Uważam, że to jeden z filmów zagubionych pomiędzy premierami kolejnych odsłon historii o superbohaterach. Mutanci i avendżerści tak zdominowali kino rozrywkowe, że trudno jest się przebić produkcji o innym charakterze. Szkoda mi „Króla Artura”, bo to film rzetelnie zrobiony, ze sporą dozą fantazji i zabawy konwencjami.

Świetnie sprawdził się pomysł mariażu średniowiecznej tradycji legendy rycerskiej i opowieści rodem z teatru łotrzykowskiego. Charli Hunnam w roli Król Artura połączył w jednej kreacji postać rzezimieszka i wzorzec średniowiecznego władcy. Bez jego sprawności warsztatowej i charyzmy nie udałoby się osiągnąć tak dobrego efektu. Artur to zaradny awanturnik, który radzi sobie w każdej sytuacji. Jednocześnie ma w sobie siłę i majestat charakterystyczne dla średniowiecznego ideału króla. Od początku te dwie natury są w nim obecne, a film jest klasyczną opowieścią o przemianie i dojrzewaniu do odpowiedzialności. Jest to spójne z głównym zamysłem fabularnym, który sprowadza się do tego, że przeznaczenie to nie wszystko, trzeba jeszcze je zrealizować. To znaczy dobry plan działania i taktyka są równie ważne jak zaklęty miecz.

W ogóle „Król Artur” stawia wiele interesujących pytań dotyczących między innymi istoty władzy. Rozgrywka Vortigerna i Króla Artura to odwieczny konflikt dwóch wizji rządów. Z jednej strony Vortinger uosabia władzę, której pożąda się dla samej potęgi panowania nad ludźmi, stanowiącą realizację patologicznej żądzy. Z drugiej strony Artur to władza, która pojawia się jako zadanie i nie jest wynikiem pragnienia jej posiadania. Zastanawiam się czy lub do jakiego stopnia ten wątek inspirowany jest postacią Ragnara Lothbroka z „Wikingów”, którego droga do władzy jest bardzo podobna. Charli Hunnam poradził sobie z tym aspektem równie dobrze jak Travis Fimmel w roli Ragnara. Wydaje mi się jednak, że Jude Law nie do końca wykorzystał możliwości jakie dawała rola Vortingera, chociaż z pewnością ma bardzo dobre momenty w tym filmie. Sceny obrazujące ile jest w stanie poświęcić żeby zaspokoić swój głód władzy są jednymi z najmocniejszych.

Zastanawiam się czy nie byłby to jeszcze lepszy film gdyby Guy Richie zrezygnował ze swojego charakterystycznego stylu. Jego zaletą jest niewątpliwie duża dynamika akcji, jednak wschodnie style walki w głębokim średniowieczu stanowią pewien dysonans. Uczciwie muszę przyznać, że nie jest on w moim odczuciu znaczący. Warsztatowo jest to bardzo dobry obraz. Dobrze poprowadzony, zmontowany, wizualnie widowiskowy. Nie rozumiem dlaczego nie powtórzył sukcesu kasowego Sherlocka Holmesa.

Mimo wszystko mam nadzieję, że będzie druga część. Zakończenie daje takie możliwości. Poza tym oprócz samej legendy, o Królu Arturze, są jeszcze do zeksplorowania całe Lendy arturiańskie, z licznymi romansami, które stanowią przecież wdzięczny temat filmowy. Mogę sobie z łatwością wyobrazić kontynuację, równie widowiskową jak pierwsza część, lecz pełną dworskich intryg i pięknych, uwodzicielskich kobiet. Koniecznie z muzyką Daniela Pembertona, która była mocnym elementem „Króla Artura”. Jeżeli chodzi o Guya Richiego i jego interpretację średniowiecznych legend – zdecydowanie czekam na więcej.

 


Zobacz więcej o: filmy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.