Z serii książki, które warto przeczytać: trylogia pogranicza Cormaca McCarthy

Na trylogię pogranicza składają się książki: „Rącze konie”, „Przeprawa” oraz „Sodoma i Gomora”. Akcja wszystkich powieści rozgrywa się na pograniczu Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Bohaterowie wędrują z Nowego Meksyku czy Teksasu do Meksyku i z powrotem, jakby Meksyk przyciągał ich niczym hipnotyczna kobra – groźna i fascynująca zarazem. Przekroczenie granicy zawsze oznacza kłopoty. W kraju bezprawia siła jest prawem.
Bohaterem powieści Cormaca McCarthy często jest człowiek, który przeciwstawia się złu. Świat nie jest miejscem przyjaznym. To groźne, okrutne miejsce, w którym przetrwanie jest trudne. McCarthy obserwuje tych, którzy nie poddają się kondycji otaczającej ich rzeczywistości. W sposób oczywisty sympatyzuje z nimi. Są to ludzie wierni zasadom specyficznie pojmowanej przyzwoitości. Cechuje ich dziwna siła, która sprawia, że nie poddają się przeciwnościom i próbują zachować człowieczeństwo nawet w najgorszych sytuacjach. Spotykamy takiego bohatera w najlepszej chyba książce Cormaca McCarthy – „Drodze”, spotykamy w każdej z części trylogii pogranicza. Zachowują się jakby musieli podjąć walkę. Nie tylko dla siebie, dla całego świata, który może w ten sposób zostanie ocalony.
Nie czytałam jeszcze książki, która oddawałaby lepiej klimat pogranicza niż trylogia Cormaca McCarthy. To opowieść o tej krainie i pasterskim życiu kowbojów. Opowieść o koniach, które towarzyszą człowiekowi w jego wyprawach, są przyjaciółmi i stworzeniami niezwykłymi. Opowieść o prerii, o rozległych przestrzeniach pod bezkresnym niebem. O wolności. O dojrzewaniu.
Jest napisana nieśpiesznym tempem, charakterystycznym dla Cormaca McCarthy. Jakby jechało się na koniu stępa, czując każdy jego krok, wybijany rytm. Wydarzenia straszne pojawiają się jako nieodzowna część tej wędrówki. Nie są jak rysa, która przecina drogę lecz jak jej części, która prędzej czy później musi się pojawiać. Zło nie jest w tej książce spektakularne, jest koniecznym elementem życia. Dobro również nie jest objawieniem czy cudem, lecz małym gestem lub uporem wytrwałości. Meksyk to kraina, gdzie widać to najlepiej. Można tam spotkać ludzi, którzy nie zawahają się zabić żeby ukraść konie. Jednak biedni, którzy sami nic nie mają nakarmią każdego zbłąkanego wędrowca. Nad horyzontem gwiazdy świecą tam mocno i słychać kojoty.
Proza Cormaca McCarthy, szczególnie trylogia pogranicza, wymaga kontemplacji. Są zdania i całe akapity, które każą się zatrzymać. Niektóre z nich warto przeczytać na głos żeby lepiej wybrzmiały. McCarthy dotyka kwestii wiary, istnienia Boga, sensu życia, natury ludzkiej. Mimo że można odczytać pomiędzy wierszami jego własne poglądy na te sprawy, on nic nie przesądza, niczego nie narzuca. Ma na to zbyt wiele pokory. To skromny pisarz. Obserwator świata. Człowiek, który próbuje nie poddać się rozpaczy. Tak go widzę. Może dlatego jego bohaterowie walczą do końca.
Where is my John Wayne? Where is my prairie song? Where is my lonely ranger? Where have all the cowboys gone?” jak śpiewa Paula Cole. Ostatnia część trylogii pogranicza odzwierciedla przemiany dokonujące się w kulturze kowbojów. Coraz rzadsze staje się pędzenie wielkich stad na handel, czasy kowbojów odchodzą w przeszłość. Towarzyszy temu nostalgia. Opowieści starych kowbojów ożywiają dawne zwyczaje, ale nie ma pewności, że młodzi nadal będą żyć w ten sposób. Ziemia wykupywana jest przez państwo. Cywilizacja nie sprzyja wędrówkom samotnych jeźdźców. A są to często ludzie, którzy nie potrafią żyć inaczej. Naznaczeni bolesną przeszłością nie odnajdą się w innym stylu życia. Koń i strzelba to jedyne co mają. Mam wrażenie, że trylogia pogranicza to hołd dla tych ludzi – twardych i uczciwych.
Aż dziwne, że taki poziom zrozumienia ich spraw może prezentować osoba, która nie wychowała się w tamtych rejonach. McCarthy dorastał w stanie Tennessee. Przeniósł się do Teksasu dopiero w 1976 (ur. 1933 r.). Obecnie miesza w Nowym Meksyku. Niewiele o nim wiadomo. Rzadko udziela wywiadów i bardzo chroni prywatność. Dlatego niczego co tu napisałam o nim jako o człowieku nie da się potwierdzić. Prawdziwą popularność przyniosły mu właśnie wydane w 1992 r. „Rącze konie” – pierwsza część trylogii pogranicza. Powieść została zekranizowana w 2000 r. W rolach głównych wystąpili Matt Damon i Penélope Cruz. Siłą rzeczy jest to najbardziej znana część trylogii. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła „Przeprawa”, opowieść o chłopaku i wilczycy, ale też o dostojnej, dzikiej naturze, godnej jest podziwu. Jest to jedna z najpiękniejszych i najbardziej uderzających książek jakie przeczytałam. Bohaterowie „Rączych koni” i „Przeprawy” – John Grady Cole i Billy Parham spotykają się w części ostatniej. Poznajemy ich jako przyjaciół pracujących na tym samym ranczo. Ta część to już schyłek wielkiej, kowbojskiej tradycji. Koniec westernu. Zakończenie cyklu widzę jako ukłon w stronę tego niezwykłego dziedzictwa. The end.


Zobacz więcej o: książki, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.