Kroniki Frankensteina – zdumiewające zaskoczenie

„Kroniki Frankensteina” zaczęłam oglądać z powodu braku innych opcji na sobotni wieczór. Serial nie wyglądał przesadnie zachęcająco, ale stwierdziłam, że może skoro to XIX w. Anglia, dam mu szansę. I cieszę się, że to zrobiłam, bo to jest bardzo dobra produkcja.

Nic nie wiedziałam wcześniej o tym serialu, nie sprawdziłam pochodzenia, obsady itp. Moim pierwszym zaskoczeniem więc było rozpoznanie aktora grającego główną rolę. Przyznaję, że zajęło mi chwilę zanim domyśliłam się skąd znam tę twarz. Na to wygląda, że tym razem Sean Bean nie zginie gdzieś na początku, lecz czas jakiś wytrwa w roli inspektora Johna Marlott. Bean jest niewątpliwie jednym z najmocniejszych elementów „Kronik Frankensteina”. Nie dlatego, że jest to znany aktor, grał Boromira i w ogóle, tylko dlatego, że jest to po prostu dobrze zagrane. Poza tym, doceniam produkcję, w której pokazuje się normalne twarze. Twarze, na który odbija się czas, który przeminął. John Marlott to zwykły człowiek, który ma przeszłość, jak wielu z nas, trudną. Nie jest żadnym herosem o niezwykłych mocach, emanującym zwierzęcą charyzmą. Jest dobrym obserwatorem, inteligentnym analitykiem, ale nie jest to Sherlock Holmes czytający życiorys człowieka z koloru jego skarpetek. Ma poszarzałą twarz i oczy, które wiele już widziały. Jest też bardzo dobry w tym co robi, czyli prowadzeniu dochodzeń kryminalnych.

Historia, którą proponują nam producenci jest ciekawa i wielowymiarowa. Serial zaczyna się klasycznie – od znalezienia ciała. Jest to jednak ciało pozszywane ze szczątków różnych zwłok. Zdarzenie powiązane jest z ważną ustawą procedowaną przez Parlament i rzecz oczywista, z książką autorstwa Marry Shelley, o naukowcu, który wskrzesił martwe ciało. Podoba mi się zabawa nawiązaniami literackimi, którą oferuje ten serial. Jest zgrabnie poprowadzona i wiarygodna. Jeżeli chodzi o narrację – tutaj też jest dobrze. Właściwe kończę już oglądać „Kroniki…”, a dalej zupełnie nie mam pomysłu kto może być sprawcą. Podejrzani są coraz mniej podejrzani, a ci, którzy mogliby być podejrzani, też nie do końca pasują. Mamy za to cała galerię barwnych postaci zarówno ze sfery arystokracji jak i świata przestępczego. Naprawdę dobrze się to ogląda. Jestem zaintrygowana.

Zauważyłam, że w teście często pojawia się określenie „dobry” i to jest najbardziej adekwatna, w mojej opinii, ocena „Kronik Frankensteina”. Lubię rzetelnie poprowadzone produkcje. Dobry, ciekawy scenariusz, wszystko dobrze złożone, obsada na poziomie. Kawałek przyzwoitego rzemiosła.


Zobacz więcej o: Netflix, recenzje, seriale


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.