O filmach idealnych na odmóżdżenie

Byłam wczoraj na „San Andreas” i wcale mi nie żal. Od czasu do czasu bowiem potrzebuję tego rodzaju filmu. W pracy zadania wymagające myślenia, dużo się dzieje prywatnie i trzeba to poogarniać, czas pomyka szybciej i szybciej, a umysł iskrzy od procesów myślowych. Dlatego czasem trzeba:

Iść się odmóżdżczyć

Tak więc wczoraj uśpiłam swój intelekt na filmie 3D, który nie zainspirował mnie do wygenerowania z siebie żadnej głębszej myśli i znakomicie spełnił wyznaczone mu zadanie czyli odmóżdżył. Przyzwoite kino klasy B, zrealizowane według doskonale przewidywalnego scenariusza, z wybuchami i wielkim trzęsieniem ziemi w roli głównej. Oczywiście jest rodzina, głową rodziny jest prawdziwy mężczyzna, który może nie do końca sprawdzał się na co dzień, ale w czasie trzęsienia ziemi jest, że ho ho. W roli prawdziwego mężczyzny Dwayne Johnson, którego największymi zaletami jest masa mięśniowa i olśniewający uśmiech. I jedno i drugie w „San Andreas” jest wykorzystywane co chwila więc się można napatrzeć. Dwayne Johnson próbuje nawet coś tam zagrać, ale umówmy się, Oscara to on za tą rolę na pewno nie dostanie. Podobnie jak partnerujące mu równie udatnie Carla Gugino i Alexandra Daddario (nie znam kto to taki i nawet mi się nie chce szukać) w roli matki i córki. Jeżeli jesteśmy już przy paniach – to kolejny film akcji, w którym kobiety w momentach kulminacyjnych dramaturgii czyli na przykład wieżowiec się wali, bomba wybucha i tym podobne, napieprzają w butach na wysokich obcasach. Nie tylko na tych obcasach biegają, ale jeszcze do tego skaczą oraz ratują siebie i świat. Bonus jest taki, że dzięki temu bieganiu i skakaniu widz dostaje możliwość oglądania podskakujących biustów owych pań w rozmiarze 3D. Dodam, że jeden z tych biustów podskakuje bardziej bo jest generalnie bardziej, że tak się wyrażę, rozwinięty. Żeby rozwikłać zagadkę, który – musicie zobaczyć „San Andreas”. A jak nie zobaczycie to i tak niewiele stracicie bo przecież to jest:

Schemat typu taka piękna katastrofa

W przypadku „San Andreas” schemat konstrukcyjny zawiera w sobie znany i lubiany scenariusz dreszczowca, w którym najpierw poznajemy bohaterów dramatu, potem tło, a potem zaczyna się katastrofa i tak dalej i tak dalej. Tutaj już reżyser kompletnie poszedł na łatwiznę i po prostu dokonał połączenia dwóch filmów czyli 2012 r. tj. cudnego filmu o końcu świata i „Niemożliwe” czyli całkiem przyzwoitego filmu o tsunami. Oczywiście dostajemy też „naukowy” komentarz wyjaśniający nam głupkom, co się właściwie teraz dzieje. Niestety te części narracji są świadectwem niezbyt dobrej roboty reżyserskiej, a zagrane chyba jeszcze gorzej, co nie do końca jest wadą, bo dzięki temu jest przynajmniej śmiesznie. Taki niezamierzony efekt komiczny produkcji tego rodzaju. Dla zaspokojenia potrzeby odmózdżenia wręcz wspaniały zabieg, bo i zabili go i uciekł i efekty specjalne, w napięciu trzyma całkiem całkiem, a i pośmiać się można. Oczywiście równie śmieszny jest prawie zupełny brak logiki poczynań głównych bohaterów i samej akcji. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. To ma przecież odmóżdżać, a nie domóżdżać. A na końcu obowiązkowo powiewa amerykańska flaga.

W przyszłym tygodniu, znowu w ramach odmóżdżania, idę na „Jurassic Word”, też się nieźle zapowiada. W trailerze zauważyłam, że tamtejszy Prawdziwy Mężczyzna ma nawet tresowane dinozaury. Nie mogę się doczekać.


Zobacz więcej o: fimy, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.