O tym jak uprzedziłam się do „Marsjanina” w reżyserii Ridleya Scotta i co z tego wynika

„Marsjanin” jeszcze nie zadomowił się w kinach na dobre, a już jest komentowany. Z tego, co widzę w tzw. „świecie” ma całkiem dobre recenzje, nawet bardzo dobre. Niestety ja mam z tym filmem kłopot. Jestem daleka od zachwytów i jest to tym bardziej niesprawiedliwe, że filmu jeszcze nie widziałam. Czasem tak się dzieje – to się nazywa uprzedzenie. W tym przypadku ma ono swoje konkretne źródła.

Pierwsze genetycznie źródło tego uprzedzenia nazywa się „Prometeusz”. Powiedzieć, że ostatni film Ridleya Scotta mnie rozczarował, to mało. Wyszłam z kina zdegustowana. Scott należy do moich ulubionych reżyserów, mistrzów popkultury. Obdarzony takim talentem, że w każdym z gatunków filmowych, za jaki się weźmie, jest w stanie stworzyć arcydzieło. Bierze na warsztat SF – otrzymujemy kosmiczny thriller wszechczasów – „Obcy. Ósmy pasażer Nostromo”; sięga po film historyczny – mamy „Gladiatora”; bawi się konwencją baśni – powstaje „Legenda”, która świetnie odtwarza baśniowy klimat; adaptacja – „Łowca androidów” czyli jeden z niewielu filmów, o których powiedziałabym, że są lepsze niż książka, na podstawie której powstały. Po „Prometeuszu” zaczęłam jednak obawiać się, że o takich osiągnięciach Scotta będziemy mogli mówić wyłącznie w czasie przeszłym. Scott zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko i trudno pogodzić się z tym, że robi filmy, które tylko odcinają kupony. A taki właśnie jest „Prometeusz”. Nawet porównania postaci i wątków typu – główna bohaterka – Ripley, android – Ash z „Obcego”, nie bawią przesadnie, z uwagi na swą oczywistość. Zapewne dobrze oglądałoby mi się „Prometeusza”, gdyby nie oczekiwania i porównania z wcześniejszymi dokonaniami reżysera. Uznałabym, że to całkiem nieźle zrobione SF. Tylko, że w tym przypadku, to trochę tak jakby iść do salonu samochodowego z myślą o przejażdżce BMW i dostać Skodę – też całkiem niezłe auto, ale to jednak nie to samo.

Drugi powód to książka Andy Weira „Marsjanin”. To, że „Marsjanin” jest ekranizacją wszyscy wiedzą, ale trzeba dodać, że „Marsjanin” jest ekranizacją książki bardzo dobrej. To nie jest saga „Zmierzch” czy inne „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. To cholernie dobrze napisane SF. Moim zdaniem tworzone zresztą myślą o wersji filmowej, taki prawdopodobnie był zamysł autora. Reżyser dostał zatem świetny, gotowy materiał, nic tylko korzystać, co wbrew pozorom wcale nie ułatwia sprawy. Jeżeli chodzi o „Marsjanina” najlepiej by było gdyby trzymał się tego, co tam jest napisane i zbytnio nie kombinował, wtedy ma naprawdę duże szanse na to, że powstanie arcydzieło gatunku. Bardzo lubię postać Marka Watneya taką jaką jest w książce i wystarczy to dobrze zagrać. Siłą rzeczy cała oś fabularna „Marsjanina” opiera się na tej postaci, a fabuła w ogóle by się nie zdarzyła, gdyby Mark nie był osobą, którą jest. Książka jasno wskazuje, że jeżeli ktoś mógłby przetrwać w takich warunkach, to właśnie ten człowiek. Pozytywny, pomysłowy, z poczuciem humoru i dużym dystansem do siebie samego. Książka jest właśnie o wartości jednostki dla niej samej, a nie ról, które przyszło jej odgrywać w teatrze świata. To jest właśnie człowiek, który nie ma tam na Ziemi rodziny, załoga doleci też spokojnie bez niego, ale chcemy go uratować pomimo to – dla niego samego.

Siłą Ridleya Scotta i największych jego obrazów było to, że potrafiły być komercyjne i świetnie się sprzedawać, nie będąc jednocześnie typowo hollywódzkimi produkcjami, które przerysowują rzeczywistość żeby silniej oddziaływać na widza. A niestety w trailerze widzę kadry niemalże wyjęte z superprodukcji typu „Armagedon”. I nie żebym miała coś do „Armagedonu”, bo to bardzo dobry film w swojej konwencji, ale nie tego przecież chcemy od Ridleya Scotta.

I ostatnie, normalnie wisienka na torcie – Matt Damon. Najbardziej niecharakterystyczny, charakterystyczny amerykański aktor. Prawda jest taka, że niektórych ludzi (w tym aktorów) lubi się bardziej, a innych mniej, nie do końca wiadomo dlaczego. Ja, delikatnie rzecz ujmując, nie należę do wielbicieli Matta Damona. Widziałam go naprawdę w dobrych rolach („Utalentowany Pan Ripley” na przykład) i co z tego? Nie przyswajam Damona, jakoś nie mogę. Dlaczego właśnie jego musieli obsadzić w głównej roli w „Marsjaninie”, na którego czekałam? Trudno, bywa i tak.

Oczywiście i tak pójdę na „Marsjanina”, bo przecież dla mnie jest to film sezonu. Muszę jednak przed seansem wykonać rzecz bardzo trudną i postarać się obejrzeć ten film bez uprzedzeń, o których pisałam. Muszę wyjąć te myśli z głowy i odłożyć je gdzieś na boczną półkę. Spróbować spojrzeć na ten film jako na dzieło odrębne od innych, powiązanych z nim zjawisk. Takie jest moje zadanie na ten tydzień. I wcale nie jestem pewna, czy mi się uda. Drugim wnioskiem jest to, że przydałoby mi się bliżej przyjrzeć kwestii oczekiwań i niebezpieczeństw, które są z nimi związane. Uprzedzenia są przecież oczekiwaniami w negatywnej postaci. Planuję zatem popełnić tekst, żeby sobie ten temat w głowie trochę uporządkować. Możecie zatem Państwo oczekiwać, że taki tekst się pojawi.


Zobacz więcej o: fantastyka, filmy, Matt Damon, Ridley Scott


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.