Obiecanki cacanki „Zakonu drzewa pomarańczy” Samanthy Shannon

Moją uwagę przyciągnęła atrakcyjna graficznie okładka książki. Porównanie do „Władcy pierścieni” jeszcze bardziej wzmogło ciekawość. Dlatego „Zakon drzewa pomarańczy” bardzo szybko przemieścił się na szczyt listy: do przeczytania. Jednak, mimo, że nie żałuję czasu, który poświęciłam tej książce, muszę stwierdzić, że szumne obietnice nie znalazły swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Owszem, widać tutaj ambicję stworzenia uniwersum na miarę co najmniej „Gry o tron”. Niestety potrzeba do tego nieco więcej niż nagromadzenia dużej ilości państw i postaci o egzotycznie brzmiących imionach. Warto tworząc przestrzeń akcji dodać chociaż trochę tzw. opisów przyrody, czy krajobrazu. Wiem, że rozwlekłe partie tego typu nie mają zbyt wielu wielbicieli, ale tworzą jednak klimat miejsc. W tym przypadku o największym imperium wschodu dowiadujemy się głównie tyle, że jest to kraj wyspiarski, a o zachodzie, że ma stolicę i klimat umiarkowany. Reszta pozostawiona jest wyobraźni czytelnika, za to chyba stronę A4 zapełniłaby ilość miejsc, które trzeba sobie wyobrazić. Efekt jest taki, że otrzymujemy jedynie zarysy, czy kontury świata, w którym się poruszamy. Zostawia to poczucie niedosytu i wrażenie, że książka mogłaby być znacznie lepsza niż jest. Na szczęście styl pisania jest na tyle gładki, że łatwo i szybko się czyta. Akcja wprawdzie rozwija się dość powoli, ale warto jest przejść pierwsze 20% treści, ponieważ dalej jest zdecydowanie lepiej. Jest dużo ciekawych i bywa, że zaskakujących pomysłów fabularnych, ale jeszcze więcej sztampy, którą dobrze znamy z literatury fantasy. Zakończenie zaś jest do bólu przewidywalne.

„Zakon drzewa pomarańczy”, nawet rozbudza apetyt, ale potem, okazuje się, że nie za bardzo jest co jeść. Najpierw szkic świata wielkości trzech Śródziemi co najmniej – Wschód, Zachód, Południe, dworskie intrygi, smoki, piraci i cuda wianki na kiju, a potem raz dwa trzy – tu pojechali, tam pojechali i koniec książki. Tak jakby po pierwszym tomie wyczerpała się energia i ostatecznie słoń urodził mrówkę. Rozwiązanie akcji niestety pozbawione jest napięcia i sprawia wrażenie tworzonego w pośpiechu, jakby autor zmęczył się pisaniem i stwierdził – ok zamykam już drzwi. Wydawcy naprawdę powinni uważać z serwowaniem porównań do arcydzieł literatury, bo to wcale książce nie pomaga. Ogólnie „Zakon drzewa pomarańczy” jest dobrze napisany, akcja ok, ale nie jest to poziom choćby porównywalny do dzieł Tolkiena. Lektura przyzwoita, ale to wszystko co ma nam do zaoferowania.

P.S. Mam ostatnio wrażenie, że coraz więcej książek pisanych jest pod marzenie o filmie. Efekt jest taki, że owszem, uzyskujemy niemalże gotowy scenariusz na blockbustera, ale traci warstwa literacka książki. Nie zmienia to faktu, że film chętnie bym obejrzała – w końcu smoki i ogrom pięknych kobiet, i przystojnych mężczyzn. Ładny będzie. I to by było na tyle.

 


Zobacz więcej o: fantasy, książki, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.