TOP 10 książek #3 „Mistrz i Małgorzata” Michał Bułhakow

Blask fantastyczny

„Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa należy do książek, po przeczytaniu których, jesteś zdumiony i zachwycony wyobraźnią autora. Zostajesz z pytaniami – skąd mu się to wzięło, jaka potężna fantazja stworzyła opisany w książce świat. Jakby był to rezultat jakiegoś szalonego objawienia, jak kometa na nocnym niebie, albo sputnik ewentualnie, który wpadł w atmosferę i rozgorzał.

Swobodna relacja

„Mistrz i Małgorzata” jest książką napisaną w tak swobodny i naturalny sposób, jakby czytało się relację z prawdziwych wydarzeń, a autor osobiście przyglądał się z lekkiej oddali przygodom Wolanda w Moskwie i rozmowom Piłata i Jeszui Ha – Nocri. Plany metafizyczne przenikają się ze światem realnym w taki sposób, że trudno nie wierzyć, podczas czytania książki, że istnieją one naprawdę. Pierwsza scena na Patriarszych Prudach, w której niezwykle elokwentny i oczytany Michał Aleksandrowicz Berlioz udowadnia Iwanowi Nikołajewiczowi Ponyriowowi, młodemu poecie posługującemu się pseudonimem Bezdomny, że Jezus nigdy nie istniał, a potem przekonuje szatana, że szatan również nie istnieje, przenosi nas w świat fantastycznych wydarzeń z nogami, głową, a nawet ogonem (gdybyśmy taki mieli). Fabuła rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszym jest Moskwa gdzie Woland i jego świta przybywają, by przyjrzeć się ludziom i odprawić bal. Drugim Jerozolima czasów Jezusa i Piłata, w której ci dwa odbywają swój brzmiący przez wieki dialog. Jest też Mistrz i Małgorzata oczywiście. Ci niezwykli kochankowie wydają się w pewien przedziwny sposób przebywać w obu tych miejscach jednocześnie.

Bogactwo tekstu 

Bogactwo „Mistrza i Małgorzaty” na każdej płaszczyźnie – fabularnej, kreacji postaci, języka, symboliki, zwrotów akcji, filozofii jest tak ogromne, że bardzo trudno oddać jest całą złożoność i spektakularny geniusz tej książki. Po jej skończeniu szukałam każdej dostępnej książki Bułhakowa, żeby się na nią rzucić i przeczytałam chyba wszystko, co Bułhakow był napisał. Żadna inna nie da się porównać do „Mistrza i Małgorzaty”. Dodatkowo prócz całej głębi treści „Mistrza i Małgorzaty” jest to też książka, która jest po prostu znakomitą rozrywką, zabawną i inteligentną.

Subiektywnie 

Ponieważ „Mistrza i Małgorzaty” nie sposób objąć jedna recenzją zamierzam się pobawić w subiektywny wybór najbardziej smakowitych elementów tej książki, a czasami przedstawić też równie subiektywną interpretację oraz pokazać najbardziej fantastyczne sceny.

Postaci

Jeszua

Postać, której nieistnienie próbuje udowodnić Berlioz w pamiętnej scenie na Patriarszych Prudach, natykając się na pytanie szatana:

(…) skoro nie ma Boga, kto kieruje życiem człowieka i w ogóle wszystkim, co dzieje się na świecie?
– O tym wszystkim decyduje człowiek – Berlioz pośpieszył z gniewną odpowiedzią na to, trzeba przyznać, niezupełnie jasne pytanie. 
– Przepraszam – łagodnie powiedział nieznajomy – po to, żeby czymś kierować, trzeba bądź co bądź mieć dokładny plan, obejmujący jakiś możliwie przyzwoity okres czasu. Pozwoli wiec pan, że go zapytam, jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia?

mistrz i małgorzata Co do „Mistrza i Małgorzaty” – nie można mieć wątpliwości, że Jezus istniał naprawdę. Takie jest jednoznaczne stanowisko brzmiące czysto w świecie tej książki. Były jednak w stosunku do postaci Jeszui zarzuty, gdyż uznana została ona za wizerunek obrazoburczy. Niezgodny również z przekazem Nowego Testamentu. Jeszua u Bułhakowa ma tylko jednego ucznia, Mateusza Lewitę, byłego poborcę podatków, który „niedokładnie zapisuje” to, co Jeszua mówił. Jeszua jest wędrownym nauczycielem. Osobą niezwykle łagodną i skromną. Ma też w sobie bezbronność i niewinność, która powoduje, że Piłat próbuje ocalić go przed kaźnią. Podczas krótkiej rozmowy powoduje, że wielki namiestnik, zaczyna czuć się zainteresowany jego naukami i chciałby zatrzymać tego naiwnego człowieka, w którym nie znajduje żadnej winy, przy sobie. Jeszua przynosi mu ulgę. Piłat rozumie, że przed sobą ma filozofa, który nie popełnił złego czynu. Jeszua nawiązuje z nim bezpośredni kontakt, który charakteryzuje zrozumienie z jakim namiestnik dawno (nigdy?) się nie spotkał:

Przyszło mi do głowy kilka nowych myśli, które, jak sądzę, mogłyby ci się wydać interesującymi, i z przyjemnością bym się nimi z tobą podzielił, tym bardziej, że sprawiasz na mnie wrażenie bardzo mądrego człowieka. – sekretarz zbladł śmiertelnie, pergamin spadł mu na posadzkę. – Szkoda tylko – ciągnął związany Ha – Nocrii nikt mu nie przerywał – że zbytnio jesteś zamknięty w sobie i zupełnie opuściła cię wiara w ludzi. Przyznasz przecież, że nie można wszystkich swoich uczuć przelewać na psa. Smutne jest twoje życie, hegemonie – w tym miejscu mówiący pozwolił sobie na uśmiech. 

Sekretarz myślał teraz już tylko o jednym – wierzyć czy nie wierzyć własnym uszom. Musiał im wierzyć. Postarał się zatem wyobrazić sobie, jaką też wymyślną formę przybierze gniew zapalczywego procuratora wobec tej niesłychanej śmiałości aresztowanego. Ale nie mógł sobie tego wyobrazić, choć nieźle znał procuratora. 

Wówczas dał się słyszeć zdarty, nieco zachrypnięty głos procuratora mówiącego po łacinie:

– Rozwiążcie mu ręce.

Taki właśnie był Jeszua Ha – Nocri, dobroduszny filozof, zwracający się do swoich rozmówców: „dobry człowieku”, bo przecież wszyscy ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Gdyby z nimi porozmawiać, na pewno by się zmienili i to zrozumieli. Niestety, Piłatowi, nie udało się go ocalić przed tymi dobrymi ludźmi.

Woland

Kiedy pojawia się pierwszy raz na Patriarszych Prudach padają określenia – cudzoziemiec. Jest elegancko ubrany, z laską z czarną rączką w kształcie głowy pudla w dłoni. Lat na oko czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga.

Znakomicie pasowałby do tej roli Mads Mikkelsen (nie mogę się nadziwić dlaczego Hollywood jeszcze nie zabrał się za „Mistrza i Małgorzatę”). Szatan jest bystry, elegancki i ma ogromną klasę. Jest Woland „duchem zła i władcą cieni”. Nie jest to jednak władca otchłani i zimny tyran. Bułhakow przedstawia raczej Wolanda jako pewien element świata. Sam Woland mówi o tym, w taki sposób mówiąc do Mateusza Lewity:

Bądź tak uprzejmy i spróbuj przemyśleć następujący problem – na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wygląda ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie. 

Można nazywać to sofistyką i udowadniać, że przedmioty nie musiałyby wcale rzucać cienia, nie jest to przecież niezbędny składnik ich istnienia. Niemniej na tym świecie tak właśnie jest, że integralną częścią istnienia rzeczy materialnych ożywionych bądź nie, jest cień. Jest on tutaj oczywistym symbolem zła wpisanego w świat. Woland zaś jego personifikacją. „Mistrz i Małgorzata” jest jednak w gruncie rzeczy optymistyczną książką, w której nawet szatan potrafi okazać miłosierdzie. Mówi wprawdzie w pewnym momencie, że miłosierdzie to nie jego resort, lecz potrafi nagiąć też bieg wydarzeń w taki sposób, że daje okazję, by resort ten podjął działania. Wygląda to trochę jak wykorzystywanie luk w prawie. W „Mistrzu i Małgorzacie” szatan właściwie nie kusi do złego, nie przekonuje, nie używa perswazji. Ludzie sami tworzą swoje rachunki, on tylko egzekwuje ich podsumowanie. Sprawia też czasami wrażenie zmęczonego tą rolą.  Współpracuje z Bogiem, wymierzając sprawiedliwość. To raczej jing i jang nie zwalczająca się opozycja. Współgrające ze sobą siły. W „Mistrzu i Małgorzacie” szatan nie jest ukazany jako kusiciel, lecz egzekutor.

Behemot

Klękajcie narody. Stworzyć taką postać – to wystarczy żeby przejść do historii. Połączenie kota i trefnisia w pełnej krasie. Ten typ ma wszystko co rasowy kocur powinien posiadać. Każdy kto bliżej obcował z kotami, wie o czym mówię. Wszystkie, bez wyjątku łobuzerstwo mają we krwi. W dodatku  występki wykonują z minami typu: ja, ja coś zrobiłem? Ależ mnie ta kwestia przecież wcale nie dotyczy. Są też mistrzami relaksu. Nie ma stworzenia na tym świecie, które z większym oddaniem i luzem zażywałoby relaksu niż kot. Błazeństwa Behemota „Mistrza i Małgorzaty” są jednym z najbardziej zabawnych jej elementów. Zresztą jego funkcją jest zabawianie szatana swoim dowcipem.

– No co, bardzo panią wymęczyli? – zapytał.
– O nie, Messner – odparła Małgorzata, ale powiedziała to tak cicho, że ledwo ją było słychać.
– Noblesse oblige – zauważył kocur i nalał Małgorzacie do smukłego kieliszka jakiegoś przejrzystego płynu.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kot poczuł się dotknięty aż podskoczył na krześle.
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.

Korowiow

Kompan Behemota, były regent chóru cerkiewnego. Kraciasty mundurek, pobite binokle, pierzaste wąsiki, wygląd ogólnie dziwaczny. Postać „długa jak żerdź”. Znakomicie komponuje się z Behemotem. Typowa para komiczna: chudy i długi i mały i gruby (o przepraszam – „wielki jak wieprz”).

Azazzello

Demon.

(…) z tafli lustra wszedł do pokoju mały, o nieprawdopodobnie szerokich barach osobnik w meloniku na głowie. Z ust sterczał mu kieł zniekształcający jego i tak niezwyczajnie szpetną fizys. W dodatku był promiennie rudy.

Nie wprawny jeżeli chodzi o konwersacje z damami. Bardzo wprawny w kwestii straszenia i walenia w ryj.

Sceny the best of

  • Teleportacja Stiopy Lichodiejewa, dyrektora teatru Variétés prosto z mieszkania na Jałtę.

A dla mojej świty potrzebne mi miejsce – mówił dalej Woland – tak, że o kogoś z nas jest w tym mieszkaniu za dużo. Wydaje mi się, że tym kimś jest właśnie pan.

  • Przedstawienie w teatrze Variétés i co z niego wynikło.

W tym momencie nie wiadomo co zwidziało się jego żonie, ponieważ załamała ręce i zawołała:
– Przyznaj się, Iwanycz! Krócej będziesz siedział!
Bosy z oczyma nalanymi krwią potrząsnął pięściami nad głową żony i chrypiał:
  – Uuu, krowa przeklęta!

  • Pusty garnitur, bez zawartości w postaci swojego właściciela, dyrektorujący w biurze.
  • Małgorzata latająca na miotle, goła, nad dachami Moskwy.
  • Jej służąca lecąca na wieprzu nad dachami Moskwy.
  • Bal u Wolanda. Absolutnie cały – od jego rozpoczęcia go przez kota Behemota po blady świt.

I wiele, wiele innych. Niech cię Pan Bóg pobłogosławi, Panie Bułhakow, za tę książkę.

To co dla mnie najważniejsze – historia Friedy

Są dwie najważniejsze kwestie, dla mnie osobiście, jeżeli chodzi o „Mistrza i Małgorzatę”.

Po pierwsze – jest to jedna z książek wielokrotnego użytku. Cenię sobie wysoko zarówno filmy jak i książki o takim charakterze. Można ją czytać wiele razy i bawi równie bardzo. Poza tym jest tak bogata, że daje możliwość odczytywania wciąż nowych sensów. Ten tekst, rozrośnięty już w pięć stron nie jest ledwie zarysem treści książki.

Po drugie, ważniejsze – jest scena, którą zostawiłam na koniec, a którą uważam za bardzo ważną. Najbardziej tkwi mojej głowie. Podczas balu, na którym Małgorzata jest królową, zostaje jej przedstawiona dziewczyna, Frieda, która nowo narodzone dziecko udusiła swoją chusteczką. Jej historia jest bardzo znacząca w wielu aspektach więc przytoczę ją tutaj w całości:

Rzecz w tym, że kiedy pracowała w kawiarni, właściciel pewnego razu zawołał ją do piwnicy, a w dziewięć miesięcy później urodziła chłopczyka, wyniosła do lasu i wcisnęła mu do ust chusteczkę, a potem go zakopała. Przed sądem mówiła, że nie miałaby mu co dać jeść.
– A gdzież ów właściciel kawiarni? – zapytała Małgorzata. 
– Królowo – zaskrzeczał nagle z dołu kocur – pozwól, że cię o coś zapytam, co tu ma do rzeczy właściciel kawiarni? Przecież to nie on dusił w lesie noworodka!

Kara Friedy po śmierci, polega na tym, że codziennie jest jej ta chusteczka podsuwana, by przypominać, do czego posłużyła. Po balu Małgorzata, jako zapłatę za usługi, otrzymuje możliwość spełnienia przez szatana jednego życzenia. To daje jej sposobność, by połączyć się z ukochanym Mistrzem. Małgorzata zdając sobie sprawę z tego, że może stracić swoją szansę, prosi, by nie podsuwać już dłużej Friedzie chusteczki. Szatan podsumowuje to jednym słowem – miłosierdzie. Potem Woland oznajmia, że to nie jego resort. On nie wybacza przecież, on egzekwuje. Życzenie Małgorzaty zostaje zatem spełnione przez inne instancje.

Nigdzie też chyba nie spotkałam się z równie klarowną definicją odpowiedzialności za czyn niż ta podana przez Behemota. W oczach szatańskiej świty nie ma okoliczności łagodzących. Postać właściciela kawiarni i jego rola w opowieści nie mają znaczenia dla zmniejszenia kary wymierzonej nieszczęsnej Friedzie. Karczmarz ma własny rachunek, ona własny. To nie on w końcu dusił noworodka w lesie.

 



(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.