„Ślepe stado” Johnna Brunnera czyli apokalipsa już tu jest

Wydawnictwo Mag posiada dwie świetne serie, obie obejmujące literaturę z zakresu szeroko pojętej fantastyki: artefakty i Uczta wyobraźni. Nie zdarzyło mi się jeszcze rozczarowanie, jeżeli chodzi o książki z tych serii. Nawet jeżeli jakaś pozycja nie przypadła mi do gustu to i tak była przykładem przynajmniej dobrej literatury. Podobnie jest w przypadku „Ślepego stada” Johnna Brunnera. Mimo, że narracja nie jest prowadzona w stylistyce, która by mnie zachwycała, to jest to zdecydowanie pozycja, po którą warto sięgnąć. Dlaczego?

Najczęściej, choć nie zawsze, wizje apokaliptyczne koncentrują się na opisie świata po katastrofie. „Ślepe stado” to katastrofa, która dzieje się teraz. Ramy czasowe książki obejmują niecały rok – od grudnia do listopada. Jest to obraz stopniowego upadku cywilizacji. Apokalipsa nie nadchodzi nagle, dzieje się stale, dzień za dniem. Coraz trudniej jest oddychać, wszyscy w miastach noszą maski filtrujące powietrze. Poziom zanieczyszczenia powoduje, że nie widać słońca. Jedzenie jest naszpikowane chemią. Woda jest zanieczyszczona i stopniowo woda z kranu przestaje nadawać się do spożycia. Ludzie chorują coraz częściej, szczególnie dzieci, które w większości są permanentnie chore. Choroby coraz trudniej leczyć, bo stały się odporne na antybiotyki. Do gleby przedostają się toksyczne odpady, które zatruwają wszystko dookoła. Sytuacja rodzi coraz większe napięcia społeczne. Protesty przeciwko wszechpotężnym korporacjom, zatruwającym planetę, przybierają na sile. Dochodzi do aktów terroru.

Ciebie przywołuję!

Który pakujesz i konserwujesz jedzenie w niezniszczalnych puszkach, (…)

który mnożysz produkty i majątki, a pożerasz lasy, (…)

„Ślepe stado” to opis stopniowego konania, które dotyczy i bogatych, i biednych. W czasach, kiedy zatrute środowisko zwraca się przeciwko wszystkiemu, co w nim żyje, kwaśny deszcz nie omija nikogo. Biedni umierają szybciej, o bogatych śmierć jednak też nie zapomina. Autor stopniuje ten proces, dzieląc go na miesiące. Napięcie rośnie z czasem, a czas nie działa na korzyść ludzkości. Jest sprzymierzeńcem rozpadu. Narracja ułożona z krótkich scen, pokazujących przemieszane losy kilkunastu bohaterów, potęguje wrażenie rozbicia ginącego społeczeństwa. Widzimy różne reakcje na dziejące się wydarzenia. Próby przystosowania i przetrwania, wychodzenia do pracy, robienia interesów. Bunt lub wycofanie. Mimo tego, że sceny są jak błyski, albo odbicia pokazane w kawałkach szkła, nie jest to dla czytelnika męczące. Szybko przebiega się przez tę krainę luster. Z czasem coraz więcej w tych odbiciach krwi, wybuchów i szaleństwa ogarniającego świat.

W takich warunkach jednak, do końca, decydenci i korporacje bronią starego porządku, zaprzeczając swojej odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy. Nie przebierają w środkach w obronie swoich interesów. Najważniejsze jest przecież utrzymanie zysków. W końcu „money makes the world go around”. Owszem. Dopóki nie okazuje się, że pieniędzy nie da się zjeść.

„Ślepe stado” to książka z 1972 r. Ma już zatem swoje lata. Nie traci jednak na aktualności. Można mieć nawet wrażenie, że na tej aktualności zyskuje. Niestety.

 


Zobacz więcej o: książki, postapokalipsa, recenzje


(c) Wszystkie prawa zastrzeżone.